Kto ściemnia na osiedlach

February 12th, 2005

Na ulicy Rogowskiej już od miesięcy latarnie nie świecą. – A złodzieje okradają samochody – skarżą się mieszkańcy

Wrocławskie osiedla pogrążają się w ciemnościach. Kolejne latarnie gasną, bo spółdzielnie nie zgadzają się na podpisanie z zakładem energetycznym umów na naprawy oświetlenia.

- Jeśli przyjmiemy niekorzystne warunki EnergiiPro, będziemy musieli podnieść lokatorom czynsz – zapowiada Lucyna Siwek, prezes SM Nowy Dwór.
Na ulicy Rogowskiej na Nowym Dworze nie ma światła już od ponad miesiąca.
- Około piątej odbieram synka z przedszkola – opowiada Marta Zioło. – Kiedy pod wieczór wracam do domu, naprawdę kolana ze strachu mi się trzęsą. Tutaj zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Tylko w tym tygodniu okradli na naszej ulicy dwa samochody.
- Wieczorem zwłaszcza ludzie starsi boją się wychodzić z domu – dodaje Jerzy Chrząstek, gospodarz budynku przy ul. Rogowskiej 40. – Po drugiej stronie ulicy jest całodobowy sklep. Po zmroku kręci się tu wielu pijaków. Sąsiedzi bez przerwy mnie pytają, kiedy w końcu zapalą nam te latarnie, a ja nie wiem, co im powiedzieć…

Spółdzielnia mieszkaniowa Nowy Dwór już od trzech tygodni nie może się doprosić, by EnergiaPro odpłatnie przywróciła oświetlenie na Rogowskiej.
- Mieszkańcy przychodzą do nas z pretensjami, że nie płacimy za oświetlenie ulicy – mówi Lucyna Siwek, prezes SM Nowy Dwór. – A to nie jest prawda. My zwyczajnie nie chcemy zgodzić się na podpisanie z zakładem energetycznym stałej umowy na konserwacje lamp i okablowania. Rocznie musielibyśmy płacić za to 50 tysięcy złotych. Wolimy ponosić koszty każdorazowej naprawy. Poza tym to EnergiaPro jest właścicielem urządzeń i ma obowiązek płacić za ich naprawę i konserwację. Jeśli przyjmiemy warunki narzucone przez koncern, odbije się to na lokatorach. Będziemy zmuszeni podnieść czynsz.
Na ulicy Hiszpańskiej już od kilku tygodni jest ciemno. Prezes spółdzielni Metalowiec wielokrotnie zwracał się do koncernu z prośbą o usunięcie awarii kabla.
- Dowiedziałem się, że naprawią go, ale dopiero wtedy, gdy podpiszemy stałą umowę – mówi Jerzy Kruk, prezes SM Metalowiec. – Mam płacić kilkadziesiąt tysięcy złotych za konserwację urządzeń, choć może się okazać, że przez cały rok będą pracować bez zastrzeżeń. Przecież to jest bzdura!
- Czujemy się przymuszani do podpisania tej umowy – przyznaje Barbara Grabowska z SM Kuźniki. – Koncern odmawia naprawy zepsutych latarni, a lokatorzy boją się chodzić po ciemnych ulicach.

Właściciel naprawi, ale… nie zapłaci
EnergiaPro narzuca spółdzielniom wykonawcę usług naprawczych.
- Nie możemy ogłosić przetargu i wybrać firmy, która w razie awarii np. naprawi latarnie na ulicy – wyjaśnia Lucyna Siwek. – EnergiaPro pouczyła nas, że ma wyłączność na konserwację urządzeń. Naszym zdaniem koncern łamie podstawowe prawa, którymi rządzi się wolny rynek.
Od rzecznika koncernu usłyszeliśmy, że tylko EnergiaPro jako jedyny prawny właściciel urządzeń oświetleniowych może konserwować swój majątek. Koncern nie poczuwa się już jednak do pokrywania kosztów tych napraw. EnergiaPro powołuje się w tym miejscu na decyzję prezydenta. Ten dwa lata temu uznał, że obowiązek oświetlania dróg nie będących publicznymi należy do właścicieli danego terenu. W przypadku dróg wewnątrzosiedlowych jest to spółdzielnia (patrz: ramka).
- Na tej podstawie nie mamy obowiązku konserwacji oświetlenia na osiedlach – twierdzi Anna Wojcieszczyk, rzecznik prasowy EnergiiPro Koncernu Energetycznego. – Jeśli chodzi o umowy ze spółdzielniami, preferujemy stałe, bo z doświadczenia wiemy, że w przypadku zleceń jednorazowych zarządcy często niefachowo i bezprawnie dokonują napraw. Przy okazji takich reperacji dochodzi do poważniejszych awarii.

Prawo dżungli dla silniejszego
Prezesi SM Nowy Dwór i Metalowiec złożyli skargę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Urzędu Regulacji Energetyki.
- Spółdzielnie powinny wystąpić do nas z wnioskiem o wszczęcie postępowania w sprawie monopolistycznych praktyk stosowanych przez EnergięPro – uważa Zbigniew Jurczyk, dyrektor wrocławskiej delegatury UOKiK. – Nie znam szczegółów tego konfliktu. Oczywiste jest jednak, że za konserwację urządzeń odpowiada jego właściciel. Rodzaj umowy zawieranej między stronami także nie powinien być narzucony na zasadzie: mocniejszy stawia warunki słabszemu. Powinien zostać wynegocjowany na partnerskich warunkach. Zbadamy sprawę, kiedy dostaniemy wniosek,
- Jeśli lampy należą do koncernu, to on powinien płacić za ich naprawy – mówi Jacek Bełkowski, rzecznik prasowy URE. – Nie możemy ingerować w ten spór, bo tu nie chodzi o kwestie związane z dostarczaniem energii, a świadczeniem usług. Ale przyznam, że nie rozumiem żądań EnergiiPro.

Jak gmina pozbywa się latarni
Oświetlanie dróg należy do zadań gminy. Do 2003 roku to Zarząd Dróg i Komunikacji pokrywał koszty związane z oświetlaniem dróg publicznych i osiedlowych. Od dwóch lat obowiązek ten – na polecenie gminy – przejmują od ZDIK-u spółdzielnie mieszkaniowe. Te od początku nie chciały zgodzić się na takie rozwiązanie i stanowczo protestowały. ZDiK groził spółdzielniom, że wyłączy oświetlenie na ulicach, jeśli nie podpiszą umowy. Spółdzielnie obawiały się o bezpieczeństwo mieszkańców, którzy na ciemnych ulicach byli bardziej narażeni na kradzieże i napaści. Te argumenty w końcu trafiły do prezydenta, który postanowił przez najbliższe cztery lata (czyli teraz jeszcze przez dwa) pokrywać koszty oświetlenia.

Autor artykułu: Katarzyna Tokarska

Wystarczyły nam przeprosiny

February 10th, 2005

Nie będzie procesu o zagrożenie życia 19-letniego pacjenta
wrocławskiej kliniki

Zarzut nieumyślnego narażenia chłopca na utratę życia wrocławska prokuratura rejonowa przedstawiła ponad rok temu lekarzowi, który operował Mirka i pielęgniarce, która odpowiadała za sprzęt używany do zabiegu.
Właśnie podczas operacji w ówczesnej wrocławskiej klinice chirurgii dziecięcej 19-latkowi zaszyto w brzuchu chustę chirurgiczną.
Rodzice Mirka złożyli do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa przez wrocławskich medyków. Niezależnie od sprawy karnej toczyło się sądowe postępowanie cywilne.
Samo prokuratorskie postępowanie utrudniał fakt, że lekarze, by mogli zeznawać musieli zostać zwolnieni
z tajemnicy lekarskiej. To zajęło sądowi trochę czasu, wszak do przesłuchania było w sumie ok. 20 osób.
– Chłopiec leczył się w Wałbrzychu, Wrocławiu i Warszawie, stąd taka liczba medyków – tłumaczy wrocławska prokurator prowadząca sprawę.
Zakończenie postępowania przedłużył również brak opinii biegłych.
Jednak ostatecznie uznali, że nikt inny nie mógł zaszyć w brzuchu chłopca chusty, jak tylko lekarze z Wrocławia. Sprawa miała stanąć na sądowej wokandzie, ale tak się nie stanie. Rodzice Mirka wycofali swoje oskarżenia. Przedstawiciele prokuratury rejonowej Wrocław–Śródmieście nie chcą tego komentować.
Mama 19-latka wyjaśnia, że tak postanowiła, bo nie chce wraz z rodziną tułać się po sądach.
– Człowiek, jest człowiekiem i ma-my już dość. Nie chcemy więcej jeździć po sądach. Lekarz nas przeprosił, więc sprawa jest dla nas zakończona
– mówi Jolanta Gucwa.
Przyznaje, że decyzję podjęła również dlatego, że szpital zdecydował o wypłacie blisko 50 tys. zł odszkodowania. Tak zadecydował wrocławski sąd okręgowy. Co ważne, sąd ustalił odpowiedzialności na przyszłość za zaszycie chusty. W skrócie oznacza to, że gdyby Mirka stan się pogorszył
w związku ze skutkami tej błędnej operacji, to szpital musi zapłacić za jego leczenie

Autor artykułu: Stefan Augustyn

Zmora biurokracji

February 10th, 2005

Stypendia unijne zamiast pomóc uczniom ze wsi i małych miasteczek, skomplikowały im życie

Bilety autobusowe muszą naklejać na kartkę lub mieć na nie rachunki od przewoźnika. Książkę mogą kupić jedynie taką, jaka jest w programie nauczania, zaś strój gimnastyczny tylko jeden, chociaż lekcje wf mają trzy razy
w tygodniu. – Słuszna idea ginie z powodu biurokratycznych przepisów – ocenia Ryszard Barto, szef komisji stypendialnej w I LO w Wałbrzychu

Stypendium w założeniu ma wyrównywać szanse między uczniami z miasta a tymi ze wsi i małych miejscowości. Miesięcznie każdy spełniający kryteria dochodowe otrzymuje do dyspozycji 130 złotych. Uczeń może za nie kupić tylko ściśle określone rzeczy. Dopiero po przedstawieniu i zaakceptowaniu faktur, dostaje zwrot pieniędzy.
Tenisówki razy jeden
Zrefundować można jedynie zakup podręczników, koszty dojazdu do szkoły oraz wyżywienia w stołówkach, wydatki związane z procesem dydaktycznym, a także przybory szkolne.
– System działa od listopada
i już obserwujemy jego zawężanie – stwierdza Ryszard Barto z I Liceum Ogólnokształcącego. Podaje przykłady paradoksów: przy rozliczeniu faktur za listopad i grudzień urzędnicy marszałka zakwestionowali zakup po raz drugi stroju sportowego na lekcję wf. – Przecież lekcje są trzy razy w tygodniu, a strój trzeba prać. Ale to tłumaczenie nie znalazło zrozumienia. – Takie są wytyczne – usłyszał Ryszard Barto w urzędzie marszałkowskim.
Bez encyklopedii
– Chciałam kupić sobie słowniki i repetytorium, by służyły mi aż do matury– mówi Ola Domagała z klasy II a liceum
nr 1.– Okazało się, że rozliczą mi fakturę wyłącznie za podręczniki potrzebne do nauki w danym roku szkolnym. Jej koleżanka Ania Furs z klasy I a mówi o kolejnej nieżyciowej sprawie. Na ogół podręczniki kupuje się w sierpniu i wrześniu, więc większość dużych wydatków i tak im nie zrefundowano. Dziewczyny ogólnie są zadowolone, bo ze stypendium pokrywają koszty dojazdów (Ola dojeżdża z Mieroszowa, Ania z Głuszycy), kupiły sobie także buty sportowe. Gdyby można było jeszcze bardziej elastycznie wydawać pieniądze…. Na różne książki, plecak, czy buty – niekoniecznie sportowe.
Uczniowie dostali już zwrot pieniędzy za listopad i grudzień. Za styczeń już nie, bo marszałek ich do tej pory nie przekazał. Kupują więc pomoce szkolne, kompletują bilety, gromadzą faktury i czekają. Ta zwłoka niepokoi starostę wałbrzyskiego.
Czekają po dwa miesiące
– Poprosiliśmy o zmodyfikowanie procedur przekazywania stypendiów lub ich zaliczkowe wypłaty, tak aby uczniowie naszych szkół mieli szansę na szybszy zwrot poniesionych przez nich wydatków – mówi Katarzyna Kapuścińska ze starostwa wałbrzyskiego. W powiecie wałbrzyskim stypendia unijne dostaje 448 uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Do tej pory urząd marszałkowski przekazał zaledwie 20 procent z 460,388 zł., czyli kwoty przyznanej powiatowi wałbrzyskiemu na ten rok szkolny.
– Możemy wypłacić kolejną transzę stypendiów, dopiero wtedy, gdy faktury za poprzedni okres są rozliczone – tłumaczy Katarzyna Zacharewicz z biura prasowego urzędu marszałkowskiego. Trwa to długo, bo jest w nich sporo błędów.
– Wszyscy uczymy się wdrażania systemu stypendialnego. Gdy przejdziemy przez pierwszy etap rozliczeń, będzie łatwiej – zapewniają urzędnicy marszałka.
Dobiją nas wytycznymi
– Nie ma jasnych reguł, co rusz pojawiają się nowe wytyczne – denerwuje się Ryszard Barto, przewodniczący komisji stypendialnej w I LO.
Wytyczne przychodzą z Mi-nisterstwa Gospodarki i Polityki Socjalnej. – Jeśli dalej będą tak szczegółowe, dobiją nas
i księgowe w szkołach, bowiem skompletowanie, opisanie i rozliczenie faktur zajmuje coraz więcej czasu – skarżą się uczniowie.

Autor artykułu: Alina Gierak

Nowa twarz Olgi

February 10th, 2005

Od lat znajduje się w czołówce polskich autorów książek. Uwielbiana przez publiczność, zachwalana przez krytyków, zdobywczyni wielu nagród
Olga Tokarczuk pokazuje wszystkim nową twarz, pisząc
opowiadanie science fiction

Urodziła się w 1962 w Sulechowie, studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, mieszkała przez długie lata w Wałbrzychu, a obecnie w Krajanowie pod Nową Rudą.
Wybitna prozaiczka i eseistka, wielbicielka Junga, znawczyni filozofii i wiedzy tajemnej – to najkrótsza notka biograficzna, którą można napisać o Oldze Tokarczuk. – Nie jestem łowczynią nagród, nie interesuje mnie to – mówi jednak autorka, której książka „Dom dzienny, dom nocny” był nominowany do Międzynarodowej Dublińskiej Nagrody Literackiej IMPAC.
Dziś pisarka, która chroni jak może swoją prywatność, razem z mężem i synem mieszka na wsi w Sudetach – jej ulubionej krainie, w której toczy się akcja większości ostatnich książek.
Tokarczuk właśnie wydała płytę CD, na której czyta opowiadania ze zbioru pt. „Gra na wielu bębenkach”. W księgarniach można kupić jej najnowszą powieść „Ostatnie historie”, jest już też gotowy scenariusz filmu kinowego na podstawie opowiadania „Otwórz oczy, już nie żyjesz”.
– To może być świetny film – zapowiada autorka.

Autor artykułu: (RQP)

Ofiary dolara

February 9th, 2005

Ceramika namawia pracowników do obniżenia pensji

Wyjdziemy na prostą, jeśli każdy zrezygnuje z co dziesiątej złotówki – obiecuje kierownictwo Zakładów Ceramicznych Bolesławiec. Opłacalność eksportu gwałtownie spadła i firma wpadła w kłopoty

Połowa produkcji Zakładów Ceramicznych idzie na eksport. Z tego aż 80 proc. trafia do Stanów Zjednoczonych. Spadek ceny dolara w ostatnich miesiącach nie mógł pozostać obojętny dla finansów przedsiębiorstwa.
- W budżecie firmy powstała wyrwa w wysokości trzech milionów złotych – mówi Kazimierz Surmiak, prezes ZC Bolesławiec. – Nie zagraża to póki co istnieniu firmy, ale utrudnia jej funkcjonowanie.
Ratunkiem mają być oszczędności. Zarząd planuje zmniejszenie zużycia surowców, tnie koszty administracyjne i, co wzbudza najwięcej kontrowersji, chce zmniejszyć pensje. Zdaniem prezesa Surmiaka to dobre rozwiązanie, bo aż 65 proc. kosztów stanowi robocizna, czyli pensje, składki i podatki.
Do związków zawodowych trafiła propozycja obniżenia wynagrodzeń zasadniczych od 1 marca do 1 września, czyli przez pół roku. Problem w tym, że jedna dziesiąta pensji członków zarządu to zupełnie inne pieniądze niż jedna dziesiąta pensji pracownika, który zarabia miesięcznie 900 złotych.
- Nie podoba mi się ta propozycja, ale nie wiem, co ludzie powiedzą – mówi Henryk Serwatka, szef Zakładowej Solidarności.
Przewodniczące pozostałych dwóch związków działających w firmie, Ewa Michalak i Anna Malinowska, nie chcą komentować stanowiska zarządu. A przedstawiciel pracowników w zarządzie, Jadwiga Ujma, obcięcie pensji popiera, powołując się na dobro przedsiębiorstwa.
Pracownicy swoje opinie wyrażają tylko po zagwarantowaniu anonimowości.
- Za mało tu zarabiam, żeby dać sobie obciąć wypłatę – stwierdza jeden z nich.
- Zgodziłbym się, gdyby zarząd zwrócił nam później te pieniądze – mówi inny. – Takie rozwiązanie byłoby do przyjęcia. Mi też zależy na tym, żeby firma była w lepszym stanie.
Prezes nie wyklucza takiego rozwiązania.
- Gdyby sytuacja uległa zmianie, to przywrócilibyśmy normalne pensje szybciej niż w sierpniu – mówi Surmiak. – Być może potem wyrównalibyśmy pracownikom straty.
Załoga ma czas do namysłu do końca lutego. Wśród pracowników krążą pogłoski, że ci, którzy nie podpiszą zgody na obniżenie pensji, zostaną zwolnieni.

Raz się udało
ZC Bolesławiec to największy pracodawca w mieście. Zatrudnia 700 osób. Zeszłoroczny zysk to prawie 2 mln zł przy 33 mln zł przychodów ze sprzedaży. Przez ostatnie 9 lat zakłady świetnie się rozwijały. Wcześniej zdarzyła się podobna do dzisiejszej sytuacja. Wówczas prezes zaproponował załodze pracę na pół etatu. Wszyscy się zgodzili i po dwóch miesiącach udało się wyjść na prostą.

Autor artykułu: Bernard Łętowski

Gmina też moze upaść

February 9th, 2005

Rozmowa z Krzysztofem Pietraszkiewiczem, prezesem Związku Banków Polskich

* Dlaczego banki ustawiają się w kolejce do projektów samorządów lokalnych, współfinansowanych przez Unię Europejską?
- Ponieważ to stosunkowo bezpieczny interes, z gwarancją zwrotu włożonych weń pieniędzy. Jednak nie do każdego banku gmina może zwrócić się o kredyt. Niektóre nie są zainteresowane pożyczaniem im pieniędzy. Uważają, że to zbyt duże ryzyko.

* Jaki procent pożyczek na inwestycje unijne nie jest spłacanych przez lokalne samorządy?
- W kraju tak zorganizowanym jak Niemcy wynosi on około 12 procent. U nas jest podobnie. Dług jest zagrożony wtedy, gdy inwestycja nie jest realizowana zgodnie z biznesplanem. Unia domaga się wówczas zwrotu pieniędzy, a projekt kończy ktoś inny i to on otrzymuje dotacje.

Czy gminy figurują na czarnych listach?
- Trafiają tam raczej przedsiębiorstwa komunalne. Gmina, która nie spłaca terminowo długów, ma za to obniżoną ocenę ratingową. I będzie miała kłopot z zaciągnięciem następne pożyczki. Konieczne będą lepsze zabezpieczenia w formie nieruchomości, papierów dłużnych, wpływów na konto. Na pewno oprocentowanie takiego kredytu będzie wyższe.

* Czy częste zmiany we władzach gmin obniżają ich wiarygodność kredytową?
- Owszem, bo jest obawa, że to, co wezmą z Unii działacze jednego ugrupowania, to ich następcy z przeciwnej opcji zmarnują ze względów politycznych. Również tam, gdzie nie układa się współpraca – na przykład wojewody z prezydentem czy wójta z burmistrzem – banki nie będą chciały finansować projektu. Bowiem jest ryzyko, że inwestycja upadnie, a pieniądze się rozpłyną. Bank jest w takich sytuacjach bardzo czujny, stara się przewidzieć ryzyko.

* Jak często gminy korzystają z Funduszu Poręczeń Unijnych?
- Robią to zwykle wtedy, gdy mają świetny pomysł, który w przyszłości przyniesie duże zyski, ale nie mają własnych pieniędzy na jego sfinansowanie. Z funduszu, stworzonego przez banki komercyjne oraz rząd, korzystają też przedsiębiorcy.

* Czy często zdarzają się bankructwa gmin z powodu niespłaconych pożyczek?
- Na Dolnym Śląsku było kilka gmin oraz podmiotów od nich zależnych, które musiały negocjować spłatę zadłużenia. Groziła im utrata płynności finansowej i upadłość.

Autor artykułu: Agata Ałykow

Bójcie się HLEBA

February 9th, 2005

To będzie jedyny sprawdzian przez eliminacjami do MŚ 2006. Dziś w Grodzisku reprezentacja Polski zagra towarzyskie spotkanie z Białorusią (godz. 20, TVP). – To bardzo trudny rywal – przestrzegał wczoraj Paweł Janas

Najważniejsze są eliminacje do mistrzostw świata. Wznawiamy je 26 marca pojedynkiem w Warszawie z Azerbejdżanem. Kończymy 12 października wyjazdem do Anglii. – Dlatego konfrontację z Białorusinami traktuję bardzo poważnie. Szkoda, ze jednak nie będę mógł skorzystać ze wszystkich piłkarzy – uzupełniał Janas.
Z powodu ataku śnieżycy do Polski nie doleciał Mirosław Szymkowaiak. Kontuzja wyeliminowała natomiast Jacka Bąka.
- Jestem w stałym kontakcie telefonicznym z Jackiem. Zaczął już truchtać i wszystko wskazuje na to, że do marca wróci do pełni sił – dodawał Janas.
Z reprezentacją Białorusi Polska grała w eliminacjach mistrzostw świata 2002. W Łodzi zwyciężyliśmy 3:1, ale w Mińsku ulegliśmy 1:4.
- To było ponad trzy lata temu. Nie należy porównywać tamtej Białorusi z obecną. Oglądałem ich ostatnie gry. Ten Ten zespół mocno się zmienił. To rywal dosyć trudny – uzupełniał nasz szkoleniowiec.
W zespole rywali najbardziej groźnym piłkarzem jest występujący w VfB Stuttgart Aleksander Hleb. Angielskie kluby oferowały już za niego nawet 10 mln funtów.
- Moim zdaniem jest najbardziej utalentowanym pomocnikiem w Bundeslidze. Bardzo szybki, znajomcie drybluje, potrafi świetnie dograć do swoich partnerów – zachwalał Białorusina Tomasz Hajto. Janas skwitował krótko: – Musimy na niego uważać.
Wiadomo już, że w sobotę kadrowicze jako Liga Polska zmierzą się z Białorusinami także w Grodzisku (godz. 12).
- We Wronkach płyta nie jest podgrzewana. Nie ma co ryzykować kontuzje. W Grodzisku mamy naprawdę bardzo dobre warunki – zakończył Janas.
Warto dodać, że z nowych twarzy szansę debiutu w polskiej jedenastce ma Dariusz Żuraw. 33-letni obrońca Hannover 96, który wiele sezonów spędził w Zagłębiu Lubin, nie czuje się gorszy od pozostałych kadrowiczów.
- Otrzymałem szansę i chcę ją wykorzystać. Finały będą się odbywać na boiskach Niemiec. Może Polacy trafią do grupy, która będzie grać w moim Hanowerze… Byłaby to wspaniała sprawa – podkreślał stoper z Bundesligi.

LICZBA KADRY
30
tysięcy złotych uzbierali polscy piłkarze na ofiary tsunami. – Ponadto na przełomie maja i czerwca tego roku zorganizowany będzie mecz dawnych gwiazd polskiej piłki na rzecz osób poszkodowanych w grudniowej tragedii – potwierdził Michał Kocięba, rzecznik PZPN.

Autor artykułu: Ireneusz Maciaś

Pomóżmy pogorzelcom

February 8th, 2005

Rodzina Potocznych straciła dorobek całego życia

– Gdy przyjechałem do domu, to już połowa dachu była spalona – mówi Leszek Potoczny – nie było co ratować. Dom nie był ubezpieczony, nie mamy pieniędzy ani materiałów, żeby wykańczać drugi dom, który zaczęliśmy budować. Nawet nie wiem, gdzie będziemy spali

Pożar zaczął się koło godziny 21. Ogień dostrzegła córka właściciela domu.
– Był już wieczór, wszyscy się położyli spać, tylko ojciec oglądał telewizję. Siostra otworzyła okno i usłyszała, że coś strzela
– mówi Leszek. – Popatrzyła
na dach, który w połowie już płonął.
Zaalarmowano straż pożarną, na pomoc przybiegli sąsiedzi. Ratowano dobytek.
– Świnię wyciągnąłem z chlewa a kaczki zagnałem do siebie do stodoły. Strach było podejść, mogło coś spaść na głowę
– relacjonuje sąsiad pogorzelców Bronisław Szewczyk.
– Kto tylko mógł z sąsiadów to rzeczy wynosił, żeby cokolwiek uratować; wszyscy pomagali – mówi Mirek Potoczny.
W części budynku mieszkała sześcioosobowa rodzina Potocznych: Anna i Józef, z córką Anną i trójką synów – Mirkiem, Leszkiem oraz najmłodszym sześcioletnim Mateuszem. Druga część domu to pomieszczenia gospodarcze. Dach i stropy nad całością zajęły się błyskawicznie.
– To stara konstrukcja poniemiecka, stropy i ściany zawierały wiele elementów drewnianych – mówi mł. brygadier Grzegorz Kocon, komendant PSP.
W akcji brało udział siedem wozów bojowych straży
z komendy powiatowej oraz jednostek ochotniczych. W sumie na miejscu zdarzenia było 24 strażaków. Gaszenie trwało ponad 4 godziny. Straty wstępnie oszacowano na około
100 tysięcy złotych. Nie ocalało praktycznie nic. Co nie spłonęło, zostało zalane podczas gaszenia.
Wczoraj od rana Mirek
i Leszek zajmowali się wyciąganiem z domu kaloryferów, które mogą się jeszcze przydać.
Nie spali całą noc, bo nikt oka nie zdołał zmrużyć. – Teraz noc spędzimy chyba u jakichś krewnych – wzdycha Mirek.
Nieopodal pogorzeliska Potoczni budowali nowy dom. Ten jest jednak wciąż w stanie surowym. Mieszkać się w nim nie da, na doprowadzenie mediów i ukończenie nie ma pieniędzy.
– Gdyby ktoś nam pomógł jakimiś materiałami budowlanymi albo pieniędzmi, to może udałoby się w tym roku przystosować ten dom do życia – mówi Leszek.
Już wiadomo, że pogorzelców postara się choć częściowo wesprzeć gmina. – Sprawdzamy, czego potrzebują ci ludzie. Burmistrz był zresztą w nocy na miejscu zdarzenia – mówi sekretarz gminy Nowogrodziec, Józef Kata. – Określimy wraz
z ofiarami tragedii jaka pomoc jest potrzebna i postaramy się pomóc w miarę naszych możliwości.
Miejsko-Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Nowogrodźcu wspomoże Potocznych finansowo. – Jeszcze nie wiemy
w jakiej wysokości dostaną zasiłek – mówi Lidia Andrukiewicz z MGOPS. – To zależy od ich dochodów. Możemy pomóc tylko na tyle, na ile nam ustawa pozwoli. Będzie to co najwyżej 2000 złotych.
Innej formy pomocy ośrodek nie planuje.
– Myślę, że teraz na szybko będziemy organizować jakieś meble, każda pomoc naszym sąsiadom jest przecież potrzebna. Stracili dorobek życia – mówi Elżbieta Rzeźwicka, sołtys Parzyc. – Zrobimy też składkę we wsi, ludzie chcą pomóc.
– Czego potrzebujemy? – zastanawia się Mirek. – Przede wszystkim sił, by spoglądać na to, co nam zostało.
Dom Potocznych nie był ubezpieczony.

Autor artykułu: Bernard Łętowski

Wypełniają PIT-y za 1 procent

February 8th, 2005

Harcerze pomogą Ci rozliczyć się z Urzędem Skarbowym,
jeśli i ty im pomożesz

Masz problem z zeznaniem podatkowym?
Nie wiesz, jak się za nie zabrać?
Zgłoś się do dzierżoniowskiego hufca. Tam pomogą Ci harcerze. Wystarczy, że oddasz im 1 procent swojego podatku

Nie wszyscy znamy się na księgowości. Dlatego dzierżoniowski hufiec Związku Harcerstwa Polskiego wypożycza swoją księgową. Pomoc jest bezpłatna – w za-mian trzeba tylko odpisać 1 procent swojego podatku
na ZHP. A przecież i tak musimy go zapłacić.
– Wcześniej nie wiedziałam, że można odpisać coś harcerzom, ale w tym roku na pewno to zrobię – deklaruje Elżbieta Grzesiak.
– Rozliczenie roczne złożyłem w styczniu zeszłego roku, ale jak tylko ZHP została organizacją pożytku publicznego, złożyłem korektę – mówi Sławomir Waś, skarbnik chorągwi dolnośląskiej i dzierżoniowskiego hufca ZHP. – Mój odpis na ZHP to 360,06 zł, bo płacę wysokie podatki. Na przelewie zaznaczyłem, że chcę, aby pieniądze trafiły do hufca dzierżoniowskiego.
Co dalej dzieje się z pieniędzmi? Drużyny, szczepy i hufce same decydują na co je wydać. W zeszłym roku dzięki nim dofinansowano udział w obozach wakacyjnych dla dzieci
z rodzin mniej zamożnych.
– Jeżeli podatek zapłacony zaliczkowo w ciągu roku był większy niż wyliczony w PIT to urząd skarbowy zwróci nadpłatę powiększoną o kwotę przekazaną ZHP, a więc 101 procent zwrotu – zaznacza Sławek Waś.
Ważne jest, aby w zakładach pracy nie zgłaszać chęci bycia rozliczonym przez pracodawcę. A jeśli rozlicza nas ZUS, to po otrzymaniu rozliczenia po prostu składamy w urzędzie własny PIT z uwzględnieniem jednoprocentowego odpisu.
W każdy dzień powszedni od godziny 15.00 do 16.00 w huf-cu (ul. Pocztowa 1) dyżuruje księgowa, która pomoże bezpłatnie wypełnić PIT. Informacje można też uzyskać pod numerami telefonów 831-09-90 i 0-501 59-12-00.

Autor artykułu: Karolina Osińska

Za drogi interes

February 8th, 2005

Radni powiatowi zdecydują czy Pogotowie Opiekuńcze w Wałbrzychu będzie istnieć

– My naprawdę nie mamy nic przeciwko przeniesieniu placówki w inne miejsce. Budynek wymaga już remontu i zdaję sobie sprawę, że to są ogromne koszty. Ale tutaj ważni są ludzie, którzy z dnia na dzień mogą stracić pracę
– przyznaje Iwona Kraczkowska, dyrektor Pogotowia Opiekuńczego w Wałbrzychu

Koszty utrzymania pogo- towia opiekuńczego są wysokie, większe, niż w przypadku wychowanków domu dziecka, czy rodzin zastępczych – wyjaśnia Grażyna Urbańska, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Wałbrzychu.
Wszystko przez zmianę przepisów dotyczących finansowania placówek opiekuńczo-wychowawczych. Trzeba na przykład opłacać pobyt dziecka ze swojego powiatu, które znajduje się w placówce poza jego granicami. To spowodowało, że samorządy znalazły inne rozwiązania dla dzieci, umieszczając je w swoich placówkach.
W ten sposób w Wałbrzychu zwolniły się miejsca.
– Ponadto tworzone są rodziny zastępcze, pogotowia ro-dzinne i planowane jest otworzenie rodzinnego domu dziecka – mówi dyrektor Urbańska.
Czekają ich przenosiny
W sumie na utrzymanie 6 pla-cówek opiekuńczo-wychowawczych w powiecie wałbrzyskim, w tym pogotowia (przebywa
w nich 300 wychowanków) wydano prawie 8 mln złotych.
– To dwa razy więcej, niż np. w przypadku rodzin zastępczych i młodzieży w usamodzielnieniu – w sumie 760 osób – wylicza Grażyna Urbańska.
Jedno jest jednak pewne, takie placówki, jak pogotowie opiekuńcze muszą istnieć.
– Do nas trafiają dzieci z ulicy. Często brudne, zawszawione, część z nich miała do czynienia z prawem. U nas są przygotowywani do pobytu w innych placówkach lub do powrotu do rodziców – mówi Iwona Kraczkowska. – Naszą działalność można więc porównać do pogotowia ratunkowego.
Jak zapewniają władze po-wiatu, placówka nie zostanie zlikwidowana, a przeniesiona do dwóch domów dziecka: nr 2 w Wałbrzychu i „Catharina”
w Nowym Siodle. Radni zdecydują o tym do końca marca.
– Nie uważam tego za zły pomysł, rozumiem, że nasza siedziba wymaga remontu, boję się tylko, że ludzie, którzy są związani z placówką, stracą pracę – przyznaje Kraczkowska.
Pogotowie Opiekuńcze w Wał-brzychu działa już od 15 lat.
– Najpierw zajmowaliśmy teren przy ul. Bystrzyckiej z po-wodu wysokich kosztów utrzymania, zostaliśmy przeniesieni do budynku przy ul. Reymonta – mówi Iwona Kraczkowska.
Jak wspomina, bywały lata, że w placówce przebywało nawet 90 dzieci, teraz ich liczba waha się w okolicach 50.
– Liczba się zmienia. W na-szym przypadku nie można przewidzieć, ile dzieci tu trafi. Może ich być kilka, ale równie dobrze kilkadziesiąt – mówi dyrektor Kraczkowska.
Niezbędny remont
Pomieszczenia, w budynku PO są zastawione piętrowymi łóżkami. Dyrektor przyznaje, że warunki są złe. Niedawno przepaliła się instalacja. Re-mont został wstępnie oszacowany na 640 tys. zł. Powiat takich pieniędzy nie ma. W przy-padku przeniesienia pogotowia do domów dziecka, koszty znacznie by się zmniejszyły.
– Chcemy wyremontować część budynku w dwójce i przystosować go do potrzeb pogotowia. Wówczas istniejąca już tam 12-osobowa grupa interwencyjna będzie zwiększona do 30 miejsc. Będziemy również musieli zwiększyć liczbę etatów, dlatego przyjmiemy
część pracowników pogotowia
– zapewnia Grażyna Urbańska.
Jak przyznaje Iwona Kraczkowska, wychowawcy boją się o swoją przyszłość. Z placówką są bardzo zżyci.
– Ludzie są rozżaleni. Mam jednak nadzieję, że nie skrzywdzi się ludzi, dla których praca w pogotowiu to jedyne źródło utrzymania – mówi dyrektor pogotowia.

Autor artykułu: Sylwia Królikowska