Niebezpieczna lektura

February 16th, 2005

We Wrocławiu wydano “Mein Kampf” Hitlera. Zgodnie z prawem nie można jej wycofać z księgarń

Publikacja manifestu nazizmu w kilka tygodni po rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz jest niestosowna, ale w świetle polskiego prawa legalna. Wydawnictwu, które opublikowało książkę, nic nie grozi ze strony prokuratury

Od trzech dni “Mein Kampf” można kupić w każdym oddziale Empiku – w sklepie we wrocławskim Rynku sprzedano kilkanaście egzemplarzy. Pojawiło się jednak zalecenie, żeby książki nadmiernie nie eksponować. – Wykonujemy tylko polecenia naszej centrali – tłumaczą sprzedawcy, pytani, dlaczego pozycja trafiła na półki.
We Wrocławiu można ją kupić także w Księgarni Dolnośląskiej, należącej do sieci Matras. – Kiedy książka trafiła do nas, mieliśmy opory wewnętrzne. Tej książki nie powinno tu być – powiedziała nam jedna ze sprzedawczyń.
Wątpliwości mieli też właściciele sieci: – Przez kilka dni pozycja została w magazynie, do momentu, kiedy podjęto decyzję, że należy traktować ją jako dokument historyczny i wystawić na półki – wyjaśnia kierownik Piotr Huniewicz.
Do Księgarni Dolnośląskiej trafiło 5 egzemplarzy i wszystkie zostały sprzedane.
Wincenty Korsan z księgarni naukowej PWN przy ul. Kuźniczej 56 stwierdził: – “Mein Kampf” nie trafiła i nie trafi na nasze półki. To jest kwestia smaku – dodaje.
Książka rozdrapie rany tych, którzy przeżyli wojnę. To ludzie dorośli i dojrzali. Gorzej, że sięgnie po nią młodzież. Powstają przecież nowe ruchy nazistwowskie. “Main Kampf” może rozdrażnić ich umysły i wyobraźnię. Podpowiedzieć jak mają się zachowywać, co robić. I właśnie tego powinniśmy sie bać!- mówi Wanda Ziembicka, dziennikarka.

Za publiczne propagowanie faszyzmu można trafić do więzienia. Sprzedażą książki Hitlera prokuratura zajęłaby się jednak tylko w przypadku, gdyby handlowała nią organizacja rozpowszechniająca nazistowską ideologię. Wydawnictwo XXL, które wydało “Mein Kampf” taką organizacją nie jest.

Prawa autorskie
Nakład może jednak zostać zatrzymany i zniszczony z innego powodu: władze Bawarii uzyskały prawa do spuścizny Hitlera w 1946 r., po jej bezpowrotnej konfiskacie. Od tej pory konsekwentnie odmawiają udzielania zgody na wznawianie “Mein Kampf”, wychodząc z założenia, że egzemplarze dostępne w bibliotekach, w zupełności wystarczą do naukowych badań nad hitleryzmem. 11 lat temu przedstawiciele rządu Bawarii zażądali zniszczenia całości szwedzkiego nakładu książki. Do podobnej sytuacji doszło w Kanadzie i w innych krajach.
- Właściciel praw autorskich jest nierozpoznawalny – uważa Marek Skierkowski, właściciel Wydawnictwa XXL, uznając, że skoro minęło już 60 lat od śmierci Hitlera, to prawa się przedawniły. – Z poprzednim polskim wydaniem nie było przecież problemu.
Sugeruje też, żeby nie poruszać tego wątku, “nie wywoływać wilka z lasu”.
Prof. Karol Jonca z Katedry Doktryn Politycznych i Prawnych Uniwersytetu Wrocławskiego oponuje: – Prawa autorskie z całą pewnością należą do rządu bawarskiego.

Inny skandal

Dlaczego XXL zdecydował się wydać tę książkę? – Jestem skandalistą – żartuje wydawca Marek Skierkowski. – Larry Flynt to mój starszy brat.
O ile jednak Flynt, założyciel “Hustlera”, szokował Amerykanów pornografią, Skierkowski stawia na inny rodzaj skandalu – w “Mein Kampf” Hitler obwinia naród żydowski o upadek Niemiec. Nie pojawia się tam wprawdzie kwestia “ostatecznego rozwiązania”, ale postulat przymusowego wysiedlenia Żydów z Niemiec – już tak.
Wydawca traktuje książkę jako dokument historyczny. – Nie jest to instrukcja obsługi pieca krematoryjnego, ale wykład filozofii – ocenia. – “Mein Kampf” odegrała swoją rolę w historii i trudno udawać, że tej publikacji nie było. Wydanie jej nie jest akcją ideologiczną, ale informacyjną. Namówili mnie zresztą do tego historycy, a na tym polega moja rola, żeby trafić w zapotrzebowanie rynku. Książka została opatrzona komentarzem. Była gotowa przed obchodami 60. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz, ale uznaliśmy że pojawienie się jej w takim momencie w księgarniach byłoby nietaktem.

Historycy podzieleni

Nakład “Mein Kampf” jest niemal na wyczerpaniu, a Wydawnictwo XXL myśli o dodruku.
Prof. Bogdan Michalski, autor komentarza zamieszczonego w książce, nie dostrzega niczego złego w jej wydrukowaniu. W swoim wprowadzeniu pisze m.in.: “W polskich warunkach nie stanowi ona żadnego zagrożenia, gdyż brak jej masowego odbiorcy”.
Jednak prof. Jonca nazywa publikację niepotrzebną. Sam odrzucił propozycję napisania wstępu do innego wydania “Mein Kampf”. Na argumenty, że pozycja może być pomocą naukową, macha ręką: – Gdzież tam! Są lepsze źródła do badania hitleryzmu. A ta lektura może być niebezpieczna.

Awantura o “Main Kampf”
Pierwsze polskie wydanie “Mojej walki” – bo tak brzmi polski tytuł książki Hitlera – ukazało się w 1993 r. nakładem krakowskiej oficyny Werset. Wokół publikacji szybko zrobiło się głośno, nakład zarekwirowała prokuratura, która oplombowała także siedzibę wydawnictwa. Część księgarzy sprzedawała jednak książkę spod lady. Sprawa doczekała się procesu, jednak umorzono ją i “Mein Kampf” wrócił na półki księgarń. Dziś pierwsze polskie wydanie wciąż jest dostępne, głównie na internetowych aukcjach. Trafiło też do wielu bibliotek.

Autor artykułu: Magdalena Piekarska, Cezary Kaszewski

Jelcz-Laskowice. Będzie praca dla 600 ludzi

February 15th, 2005

Irlandczycy i Francuzi chcą zainwestować w jelczańsko-laskowickiej podstrefie Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Choć pod koniec miesiąca firma z Francji kupi od Jelcza-Laskowic zaledwie czterohektarową działkę, zainwestuje tam aż 50 milionów złotych i da pracę aż czterystu osobom. Urzędnicy nie zdradzają jeszcze nazwy firmy, która zdecydowała się na inwestycję. Wiadomo jednak, że zajmuje się ona branżą motoryzacyjną.
Z kolei Irlandczycy na początku marca kupią od Jelcza-Laskowic niecałe trzy hektary ziem. – Wybudują tam fabrykę drobnego sprzętu medycznego – mówi Stanisław Skrzydłowski, zastępca burmistrza Jelcza-Laskowic. Na początek zatrudnią sto osób. Docelowo – dwa razy więcej.
Swoich gospodarzy nie ma jeszcze tylko niecałe osiem hektarów ziem w jelczańsko-laskowickiej strefie. Władze miasta przekonują, że to tylko kwestia czasu. Już negocjują z kolejnymi zagranicznymi koncernami. Dotąd zainwestowało tu sześć firm, wśród nich japońska Toyota.

Autor artykułu: (MIG)

Będą głodować

February 15th, 2005

Wrocław Pracownicy służby zdrowia chcą dymisji ministra zdrowia i zmian w dolnośląskiej medycynie

Dziesięcioro pracowników dolnośląskiej służby zdrowia ma rozpocząć jutro głodówkę we wrocławskim szpitalu im. Babińskiego

Po pierwsze żądają dymisji ministra zdrowia Marka Balickiego. Po drugie protestują przeciwko kolejnej ustawie medycznej, której trzecie czytanie zaplanowano na jutro w sejmie.
- Jej projekt zakłada m.in. pożyczki dla szpitali. Placówki służby zdrowia nie będą w stanie ich spłacić. Ta ustawa o dwa lata przesunie agonię służby zdrowia. A jej skutki wszyscy odczujemy – twierdzi Hanna Fidut, przewodnicząca dolnośląskiego sekretariatu Ochrony Zdrowia Solidarność.
Po trzecie chcą, by ich wynagrodzeń nie mógł zajmować komornik. Po czwarte żądają od marszałka województwa, by zaczął z nimi rozmawiać na temat sytuacji dolnośląskiej medycyny.
W środę o godz. 10.00 dziesięcioro pracowników dolnośląskiej służby zdrowia ma rozpocząć głodówkę.
- Wiemy, że w tym proteście wezmą udział m.in. pracownicy szpitali z Ząbkowic Śląskich, Legnicy. Chcemy, aby dołączyły najbardziej zadłużone dolnośląskie placówki. Będziemy protestować do skutku. Mamy nadzieję, że wszystkie związki zawodowe, zrzeszone wokół służby zdrowia, dołączą do nas – dopowiada Hanna Fidut.
Już w poniedziałek pogotowie strajkowe ogłosił Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych. Pielęgniarki prawdopodobnie dołączą do głodówki, ale nie ma jeszcze ostatecznej decyzji w tej sprawie.
- Jeżeli do naszych władz nie trafiają inne argumenty, to pozostają nam takie formy protestu jak np. głodówka – mówią pielęgniarki ze szpitala im. Babińskiego we Wrocławiu.
- Ten protest jest przedwczesny. Pracownicy służby zdrowia na Dolnym Śląsku nie mają tak dużych problemów jak ich koledzy w innych częściach kraju. Przecież otrzymują w terminie pensje – ripostuje Jacek Klakocar, dyrektor departamentu polityki zdrowotnej Urzędu Marszałkowskiego we Wrocławiu.
Tymczasem fakty są następujące: zadłużenie dolnośląskiej służby zdrowia wynosi, razem z odsetkami, około 2 miliardy złotych, czyli dużo więcej niż w innych województwach Polski. •

Strajki i protesty w kraju
Trwa głodówka w warszawskiej siedzibie filii Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i rotacyjny strajk okupacyjny w Skarżysku-Kamiennej. Odwieszenie strajku głodowego zapowiedzieli na dziś związkowcy ze Starachowic. Wczoraj od łóżek pacjentów odeszli na godzinę lekarze i pielęgniarki w placówkach służby zdrowia na Lubelszczyźnie. To samo zrobili pracownicy Wojewódzkiego Szpitala dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Morawicy (świętokrzyskie). Z kolei w Łodzi wywieszono flagi i plakaty z listem otwartym do mieszkańców miasta.

Autor artykułu: Jarosław Sulikowski

Pół tysiąca litrów podróbek

February 15th, 2005

WAŁBRZYCH Wałbrzyszanie produkowali spirytus z podpałki do grilla

Jak ustalili policjanci, trzej wałbrzyszanie wyprodukowali minimum pół tysiąca litrów śmiercionośnego trunku. Tak nazywają mundurowi spirytus, który mężczyźni wyrabiali z podpałki do grilla.
– Skażony spirytus sprawcy oczyszczali przy pomocy dotąd nieustalonej substancji. Oczyszczalnia i rozlewnia nielegalnego alkoholu mieściła się w jednym z garaży – opowiada nadkomisarz Szczepan Malewicz z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu. Ustalamy, czy ktoś nie zatruł się śmiercionośnym trunkiem i ile go sprzedano.
Przestępcy wpadli w ręce stróży prawa podczas kontroli drogowej. Trzech wałbrzyszan, o których zajęciu policjanci mieli już wiedzę, przewoziło autem sto litrowych butelek alkoholu. Nie było na nich znaków skarbowych akcyzy. W garażu, gdzie prowadzili produkcję było jeszcze 225 butelek oraz zbiorniki do przechowywania i oczyszczania alkoholu.
Wałbrzyski sąd zadecydował, że dwóch z mężczyzn w wieku 30 i 36 lat minimum trzy miesiące spędzi w areszcie. Trzeci ze sprawców pozostaje pod dozorem policji. Za nielegalną produkcję wałbrzyszanom grozi nawet osiem lat więzienia.

Autor artykułu: (AS)

Lewica robi zrzutkę

February 15th, 2005

Wałbrzych Komisarz wyborczy odrzucił sprawozdanie finansowe Koalicyjnego Komitetu Wyborczego SLD-UP, który musi 37 tysięcy złotych

Chodzi o przedterminowe wybory do Rady Powiatu Wałbrzyskiego z 23 lutego 2003 roku. Komitet zbierał pieniądze na kampanię i udział w wyborach z pominięciem funduszu wyborczego. To pierwszy w naszym regionie tak poważny przypadek naruszenia ordynacji wyborczej

– Koalicyjny Komitet Wyborczy SLD-UP uzyskał 37.033.68 zł z pominięciem funduszu wyborczego,w tym 10.234 złotych w formie wpłaty gotówkowej oraz 844 zł po dniu wyborów – wyjaśnia sędzia Jan Linowski, komisarz wyborczy w Wałbrzychu.
Tymczasem zasada jest taka: partie wchodzące w skład komitetu tworzą fundusz wyborczy. Na jego konto wpływają pieniądze, które następnie mogą być przekazywane na odrębny rachunek bankowy komitetu i mogą być wydawane na konkretne wybory. Ponadto wpłaty na fundusz mogą być dokonywane jedynie czekiem, przelewem lub kartą płatniczą, nigdy gotówką. Zgodnie z przepisami
komitet powinien odmówić przyjęcia pieniędzy wpłacanych z naruszeniem prawa. Sąd Okręgowy prawomocnym wyrokiem orzekł przepadek 37 tysięcy złotych. Komitet musi je zwrócić, więc w sumie wybory z 2003 roku będą kosztować go 74 tys. zł.
Pełnomocnikiem komitetu był Kazimierz Sroka, dzisiejszy sekretarz starostwa.
– Za sposób wydawania pieniędzy na wybory w naszym komitecie odpowiedzialna była Barbara Wojcieszonek, wówczas skarbnik gminy, dziś pracownica jednej z wojewódzkich instytucji. – Ja nie mam z tym nic wspólnego – twierdzi Sroka. Czy to zatem pani Barbara będzie musiała zwrócić 37 tys. zł z własnej kieszeni? Barbara Wojcieszonek twierdzi, że nie jest stroną w tej sprawie. I odsyła …do Kazimierza Sroki. Najbardziej konkretny jest Bogusław Dyszkiewicz, dziś starosta wałbrzyski, wówczas szef koalicyjnego komitetu wyborczego i powiatowych struktur lewicy.
– Jest problem – przyznaje. – Nikt nie był łaskaw mnie poinformować, że są jakiś nieprawidłowości ze sprawozdaniem finansowym za wybory z 2003 roku. Jeszcze nie wiem, co postanowimy. Pewnie zrobimy zrzutkę – mówi rozbrajająco.•

Wstyd pozostanie
Powiatowe SLD liczy sobie około 600 osób. Aby spłacić wymaganą kwotę, każda musiałaby przekazać na rzecz partii około 62 złotych. Jest szansa, że się dołączą koalicjanci z Unii Pracy, więc kwota zrzutki będzie mniejsza i może uda się uregulować należność. Wstyd jednak pozostanie. Poważne partie, które uczestniczyły w niejednych wyborach, powinny mieć w małym palcu ordynację wyborczą.

Wybierali trzy razy
Pierwsze wybory do rady powiatu odbyły się 27 października 2002 roku. Z powodu połączenia powiatów wałbrzyskich 23 lutego 2003 roku wybory zarządzono po raz drugi. Sąd nakazał ich powtórzenie w pięciu komisjach, bowiem stwierdził naruszenie ciszy wyborczej (głośne kupczenie głosami). 6 lipca 2003 roku wałbrzyszanie wybierali po raz trzeci radnych powiatowych.

Autor artykułu: Alina Gierak

Po węgiel w gumowcach

February 14th, 2005

Spółka Administrator nie daje sobie rady z zarządzaniem mieniem komunalnym

- Przez niedbalstwo Administratora kiedyś wylecimy w powietrze albo się potopimy – oburzają się mieszkańcy kamienicy przy ul. Odrzańskiej 21. – Takich budynków mamy mnóstwo. To poprzedni zarządca nie zabezpieczył kamienicy, jak trzeba – bronią się pracownicy spółki

W piątek lokatorzy z ul. Odrzańskiej 21 zaalarmowali nas, że mają w piwnicy wodę. I że ciągle jej przybywa, bo słychać, jak się leje w kamienicy obok.
- Żeby przynieść z piwnicy węgiel, mój mąż chodził w gumowcach – mówiła Janina Filipek.
Woda lała się z piwnicy pobliskiej kamienicy przy ul. Garbary 5. Ta należy do gminy, którą reprezentuje Zarząd Zasobu Komunalnego. W imieniu ZZK od pół roku pieczę nad nią trzyma spółka Administrator. Od jakichś trzech miesięcy w budynku nikt nie mieszka. Do piwnicy bez problemu można wejść przez okna.

Wodociągi wyręczają

- Zarządca dostał polecenie zakręcenia wody i poinformował nas, że awaria jest usuwana. Obowiązek zabezpieczenia nieruchomości spoczywa właśnie na nim – poinformowała nas Izabela Czuban z Zarządu Zasobu Komunalnego. – W przyszłym tygodniu sprawdzimy, jak to wygląda.
Zarządca tłumaczył w piątek, że awaria została opanowana.
- Była już tam nasza ekipa – mówił pod koniec tygodnia Marcin Kowalski, rzecznik Administratora.
- Wodę z piwnicy trzeba będzie usunąć – dodał Ryszard Rakus z Administratora. – Dziś lub w sobotę zrobi to firma, która przy okazji zabezpieczy okna do piwnicy.
Ale mieszkańcy nie doczekali się w piątek wizyty Administratora. Wieczorem dopływ wody zakręcili w niezamieszkałym budynku – po naszej interwencji – pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. A w sobotę wypompowali ją z piwnicy przy ul. Odrzańskiej 20. Pod numerem 21 sama wyschła.
- Wyręczyliśmy w ten sposób Administratora – mówiła Monika Czarnecka z MPWiK. – Awaria nie dotyczyła sieci zewnętrznej, za którą odpowiadamy, tylko wewnątrz budynku.
Okna w niedzielę dalej wystarczyło popchnąć, by się otworzyły.

Prują w najlepsze

Zalanie spowodowali złomiarze, którzy ukradli część rury wodociągowej. Podobnie jak dwa tygodnie temu, kiedy piwnice też były pełne wody. Wówczas interweniował Administrator. W zeszłym tygodniu złodzieje połakomili się na kurki od instalacji gazowej. Musiało interweniowć pogotowie gazowe.
- Prują rury, jak tylko chcą, bo administracja nic nie robi, by zabezpieczyć ten budynek – denerwował się Edward Ziętal, mieszkaniec kamienicy przy Odrzańskiej 21. – Po tym gazie jedyne co zrobili, to wymienili kłódkę w drzwiach wejściowych na bardziej porządną. A złodzieje włażą przez okna w piwnicy.
Dlaczego Administrator wcześniej nie zakręcił gazu i wody w opustoszałej kamienicy? Dlaczego nie zamurował otworów do piwnic?
- Takich budynków mamy mnóstwo! – tłumaczył Ryszard Rakus z Administratora. – Zajmujemy się nim dopiero od pół roku. To poprzedni zarządca nie zabezpieczył go, jak trzeba.

Trafi do inżynierów

Gminie w zeszłym tygodniu udało się sprzedać kamienicę przy ul. Garbary 5. Kupiła ją za prawie milion zł Dolnośląska Okręgowa Izba Inżynierów Budownictwa do kapitalnego remontu. Ale nadal jest pod opieką gminy.
- Lada tydzień podpiszemy z nabywcą umowę notarialną – mówi Regina Danek z wydziału sprzedaży nieruchomości urzędu miasta. – Po tej historii z gazem uczuliliśmy ZZK, że budynek powinien być zabezpieczony, np. przez zamurowanie otworów do piwnicy.

Autor artykułu: Anna Gabińska

Pieniądze na Sienkiewicza

February 14th, 2005

Pierwsze euro z funduszy unijnych dostanie Wrocław

To już prawie pewne. Pierwszymi inwestycjami na Dolnym Śląsku dofinansowanymi z funduszy unijnych będzie rozpoczęta już przebudowa skrzyżowania ul. Wyszyńskiego z ul. Sienkiewicza oraz remont generalny ul. Sienkiewicza. Mowa o odcinku od ul. Sępa-Sarzyńskiego do ul. Bujwida.
Umowy w tej sprawie podpiszą dzisiaj wojewoda dolnośląski Stanisław Łopatowski oraz prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.
Pieniądze będą pochodzić ze Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego (ZPORR). Dolny Śląsk dostał 223,5 mln euro dotacji. Z tej puli mogą być dotowane inwestycje drogowe, ochrona środowiska, remonty i wyposażenie szkół wyższych oraz szpitali i przychodni, które są ważne dla całego regionu.
Wśród inwestycji drogowych najwyższe noty dostały projekty zgłoszone przez Wrocław. Miasto starało się o wsparcie na 4 inwestycje i wszystkie zostały przyjęte.

Autor artykułu: (BK)

Krok do celu

February 14th, 2005

Było jak zwykle – pierwsza połowa dla nas, druga dal rywali. Na szczęscie prowadzenie udało się utrzymać do końca i odnieśliśmy zwyciestwo. To jest najważniejsze – podsumował spotkanie trener Górnika, Andrzej Adamek

Po ostatnich zwyciestwach sytuacja Górnika nieco siepoprawiła, ale wciaz klubowi zagląda w oczy widmo spadku do II ligi, a wiec każdy kolejny mecz jest pojedynkiem o przetranie. Podobnie było w rywalziacji z Kagerem. – Taktyka była prosta. Rywale to zespół cięzki, mało dynamiczny i chcieliśmy ich po prostu zabiegać. Udało się tylko w pierwszej połowie, w której zdobyliśmy aż 60 punktów – mówi Andrzej Adamek. Trzeba jednak zauważayć, że świetnie funkcjonujacego ataku wałbrzyszan nie uzupełnianała równie dobra obrona, bo gospodarze stracili do przerwy aż 49 punktów.
W drugiej odslonie obraz gry sie zminił. – W dużej mierze dlatego, że rywale dominowali na tablicach. Walkę o zbiórk iwygrali bardzo wyraźnie – 33:21 – zaznacza trener Górnika. W dużej mierze było to spowodowane brakiem choergo na grypę Błażeja Nowickiego. W samej końcówce Kager zmniejszył straty do Górnika do zaledwie dwóch punktów, ale gospdoarze zdołali zapewnic sobie wygraną. – Szkoda tylko, że nie wygraliśmy wyżej, bo na wyjeździe też przegralismy 5 punktami. Cóż w naszej sytuacji samo zwyciestwo jest bardzo cenne. Walczymy dalej, bez oglądania się na rywali – podsumował Andrzej Adamek.

Górnik Wałbrzych 93
Kager Gdznia 88
28:27, 32:22, 16:18, 17:21
Górnik: Olszanecki 22, Kałowski 19, Marcin Sterenga 13, Józefowicz 13, Adamek 9, Kowalski 5, Glapiński 4, Wilczek 4, Dymarski 4, Kozaczka 0, Neumayer 0.

Łuszczewski 20, Karaś 16.

Spójnia Stargard Szcz.- ŁKS Łodź 103:61
Basket Kwidzyn – Znicz Jarosław 72:62
AZS Radom – Kotwica Kołobrzeg 62:85
Sokół Łańcut – Pyra Poznań 54:46
Zastal Zielona Góra – Stal Stalowa Wola
Alba Chorzów – Tytan Częstochowa
Siarka Tarnobrzeg – Polpak Świecie

1. Basket 24 45 +285
2. Sokół 24 40 +110
3. Polpak 23 39 +238
4. Kotwica 24 38 +88
5. Tytan 23 37 +164
6. Stal 23 36 +98
7. Kager 24 36 +52
8. Znicz 24 36 +17
9. Spójnia 24 36 +7
10. Zastal 23 35 -28
11. Alba 23 35 -7
12. Górnik 24 32 -131
13. Siarka 23 32 -95
14. Pyra 24 31 -233
15. ŁKS 24 30 -366
16. AZS 24 29 -199

Fenomenalny Biela!
Niewierygodnego wrecz wyczynu dokonał w sobotę Henryk Biela – zawodnik pierwszoligowej Spójni Stargard Szczeciński. W pojedynku z ŁKS-em Łódź (wygranym przez Spójnię 103:61) Biela w ciągu zaledwie 26 minut gry zdobył 38 punktów, trafiając wszystkie 17 rzutów za 2 i 4 osobiste (na 4 wykonywane). Dodatkowo zaliczył 6 zbiórek, 1 asystę i 1 przechwyt, co dało mu w sumie 46 punktów rankigowych (obliczanych na podstawie wszystkich statystyk).

Autor artykułu: Michał Lizak

Pora na luksus

February 12th, 2005

LEGNICA Policjanci odzyskali dwie toyoty, ale złodzieje drogich limuzyn wymknęli się pościgowi

W czwartek po południu na ulicach w centrum Legnicy policja na oczach zdezorientowanych przechodniów polowała na złodziei samochodów. Przestępcy uciekali chodnikami i miejskimi skwerami.

Wszystko zaczęło się ok. godziny 14.30, gdy jeden z patroli policyjnych zauważył dwie toyoty: avensis (85 tys. zł) i corollę (65 tys. zł) z wrocławskimi rejestracjami. Typ samochodów i numery rejestracyjne zgadzały się z danymi dwóch aut skradzionych w środę we Wrocławiu.
Patrol natychmiast zawiadomił oficera dyżurnego Komendy Miejskiej Policji w Legnicy, który z kolei postawił na nogi funkcjonariuszy operacyjnych.
- Zaczęliśmy śledzić oba samochody, czekając na dobry moment do ich zatrzymania – mówi komisarz Sławomir Masojć, oficer prasowy legnickiej policji. – Nie chcieliśmy tego robić na zatłoczonych ulicach, gdyż akurat około 15 zaczyna się szczyt komunikacyjny.
Tymczasem złodzieje – było ich trzech – zorientowali się, że mają na ogonie policję i zaczęli uciekać: jechali po chodnikach i trawnikach. Wtedy policja ruszyła do pościgu. Po kilkunastu minutach toyota avensis wpadłą w ulicę Matejki, gdzie auto się zatrzymało, złodzieje uciekli pieszo. Drugi samochód – corolla przejechał jeszcze kilka przecznic i został porzucony przez przestępcę na ul. Książęcej. Oba auta natychmiast zostały poddane oględzinom. Spieszeni złodzieje uciekli policji.
- Nie zarządzaliśmy blokady miasta – przyznaje komisarz Masojć. – Mamy powody, aby przypuszczać, że i bez takich metod zatrzymamy sprawców. W tej sprawie ściśle współpracujemy z kolegami z Wrocławia.
Policja uważa, że ostatnio złodzieje najchętniej kradną drogie i nowe samochody. Jeszcze na początku ub. r. ginęły stare auta, np. 20- lub 30-letnie maluchy, które wywożono na złom, lub cięto na części.
- W ostatnich tygodniach zlikwidowaliśmy w mieście dwie dziuple, w jednej znaleźliśmy 3 pocięte luksusowe samochody i jednego kompletnego mercedesa – opowiada Sławomir Masojć. – W kolejnej dziupli natrafiliśmy aż na pięć aut, także tych z wyższej półki.

Autor artykułu: Zbigniew Budzich

Najdłuższa lekcja świata

February 12th, 2005

Strzegomscy licealiści postanowili, że w ferie idą do szkoły. Chcą pobić rekord i spędzić w ławkach 72 godziny

Już wiedzą, że glany odpadają. Trzeba mieć kapcie. Szczoteczka do zębów obowiązkowa. O wałówkę zadbają rodzice. A reszta to już sama pójdzie.

Grupa 24-licealistów ze strzegomskiego ogólniaka we wtorek zaczyna bicie rekordu Guinnessa w siedzeniu na lekcji języka polskiego. Muszą wytrzymać 72 godziny. Poświęcają na to własne ferie, bo tylko na takie rozwiązanie zgodziło się kuratorium

- Damy radę – mówią bohatersko uczniowie, głównie z II A humanistycznej. W nocy z czwartku na piątek mieli próbę wytrzymałości. Kiedy odwiedziliśmy ich około godziny 9.00 byli już po 15 godzinach omawiania… literatury antycznej.
- Nawet śladu nie ma, że nie spali – wicedyrektor Ewa Tutka, która czuwała razem z uczniami, przywitała nas zmęczonymi oczami i kubkiem kolejnej kawy w ręku. – To są właśnie młode organizmy. Mieli trochę kryzys o czwartej rano, ale już wszyscy uśmiechnięci, tryskający energią. Ale tych 72 godzin trochę się boję. Muszą się wyspać na zapas.
Pomysł wyszedł od uczniów. Namówili swojego polonistę, Tomasza Marczaka. Są pełni zapału i wiary, że im się uda.
- To jest pokazanie, że potrafimy się zmobilizować, zjednoczyć i zrobić coś wspólnie – mówi Karol Wijas. – Poza tym będziemy sławni. I powtórzymy sobie cały materiał z polskiego, to się przyda do matury.
- Teraz jest już super, ale w nocy, tak koło drugiej, było ciężko – przyznaje Justyna Jóźwik. – No i jak zwykle okazało się, że faceci szybciej wysiadają. My się trzymamy.
- Na przerwach próbujemy się rozruszać, np. gramy w ping-ponga – dodaje Kamil Kasiński. – Na lekcji będziemy się musieli pilnować nawzajem, żeby nikt nie zasnął.
Na wczorajszą próbę wszyscy specjalnie wzięli sobie najtwardsze krzesła.
- Żeby się jak najbardziej zmęczyć i sprawdzić swoją wytrzymałość – mówi Gosia Sulikowska. – Ale na bicie rekordu będziemy mieli lepsze.

Kapcie to podstawa
Podczas próby przekonali się, że w butach raczej będzie ciężko wytrzymać.
- Ja wziąłem z domu papcie – pokazuje z dumą Karol Fijas. – Profesor też ma!
Materiał, który będzie omawiany podczas tej najdłuższej lekcji świata, obejmuje czasy starożytne do współczesności.
- Nie zanudzicie się? – prowokujemy licealistów.
- Lekcja będzie urozmaicona, mamy projekcie multimedialne, będziemy korzystać z rzutników, czytników pisma, będą filmy – mówią uczniowie. – Mam nadzieję, że mi wystarczy głosu, ale materiał jest tak zaplanowany, żeby inicjatywę przejmowali też uczniowie. Będą odgrywać scenki, jest praca w grupach, na podłodze. To żeby nie posnęli – żartuje polonista.
Rodzice będą donosić posiłki.

Rodzice kibicują
- Trochę się o nas martwią, ale nie zginiemy – śmieją się licealiści.
Uczniowie będą bić rekord w sali przylegającej do auli, dlatego ich zmagania będzie mogła obserwować publiczność. Koledzy na każdej przerwie dopingowali w piątek drugoklasistów, a podczas ferii też obiecują zaglądać.
W czwartek wszyscy, którzy będą brali udział w próbie pobicia rekordu, przeszli badania lekarskie. Podczas najdłuższej lekcji świata będą pod stałym nadzorem lekarskim – opiekę medyczną zapewniła strzegomska przychodnia dr Dariusza Gajeckiego, który też kibicuje całemu przedsięwzięciu.
Przez weekend i w poniedziałek wszyscy uczestnicy bicia rekordu muszą się porządnie wyspać, najeść i odpocząć. Po próbie zrezygnowały dwie osoby. 24 młodych ludzi wierzy, że wytrzyma.

Trudne zadanie przed nimi
Strzegomscy licealiści muszą wytrzymać 72 godziny, żeby trafić do Księgo rekordów Guinnessa. Na początku wszystko wskazywało na to, że ostatni tego rodzaju rekord padł w Australii – wtedy uczniowie wytrzymali na zajęciach 55 godzin. Ale nowy rekord padł w lipcu ubiegłego roku w śląskich Pyskowicach – młodzież na lekcji przedsiębiorczości wytrzymała 66 godzin.
Zaczną we wtorek, 15 lutego, o godz. 10.00, powinni skończyć w piątek, 18 lutego, o 15.00. Bicie rekordu będą rejestrować dwie kamery. Co cztery godziny będą się zmieniać niezależni obserwatorzy, których zadaniem będzie nadzór nad przebiegiem przedsięwzięcia i jego zgodnością z regulaminem. Uczniowie będą pracować w cyklach 8-godzinnych, z 15-minutową przerwą, podczas której mogą coś zjeść, pójść do toalety, umyć się, odpocząć. Ale podczas zajęć wszyscy muszą być cały czas aktywni. Wystarczy, że na 30 sekund zapanuje cisza, rekord jest nieważny. Licealiści zostaną wpisani do księgi, pod warunkiem, że do końca lekcji dotrwa przynajmniej 20 osób.

Autor artykułu: Agnieszka Bielawska-Pękala