Archive for the ‘Archiwa ze S?owa Pisanego’ Category

Obywatel Howard Hughes

Saturday, February 19th, 2005

Bohater filmu “Aviator” Martina Scorsese to jeden z najbardziej tajemniczych ludzi XX wieku

Jeden z najbogatszych ludzi Ameryki, który umiera z głodu. Milioner, który zatrudnia się jako tragarz. Lew salonowy w postrzępionej koszuli. Życiorys Hughesa to ciąg paradoksów

Miał trzy namiętności: lotnictwo, kino i kobiety. I mimo że w każdej z dziedzin osiągnął sukces, wciąż czuł się niespełniony. Obok magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta miał być drugim pierwowzorem bohatera filmu Orsona Wellesa. “Obywatel Kane” opowiada o ogarniętym niespożytą ambicją, a przy tym samotnym i nieszczęśliwym milionerze.
Za wszelką cenę
- Cokolwiek by to miało kosztować, zostanę największym producentem filmowym w Hollywood – oświadczył Hughes w 1927 r., gdy zadomowił się w Los Angeles. Miał 23 lata, po śmierci ojca odziedziczył fortunę, którą trwonił na spekulacje giełdowe, podarunki dla kobiet i budowę prototypów samochodów.
Rozpoczął pracę nad pierwszym filmem i zwolnił reżysera, którego sam zastąpił. “Hell’s Angels”, historia braci, pilotów RAF-u, narażających życie w walkach powietrznych, przyniosła mu uznanie. Odkryta przez niego Jean Harlow z dnia na dzień została gwiazdą, dzięki wypowiadanej w filmie kwestii: “Czy będzie pan zaszokowany, jeśli włożę coś wygodniejszego?”.
Kolejnym filmem, który potwierdził markę Hughesa – reżysera był późniejszy o 13 lat “Wyjęty spod prawa”. Produkcja ciągnęła się przez 9 miesięcy, a milioner narzekał na niewykorzystanie nowej gwiazdy: – Nie robimy należytego użytku z piersi Jane Russel.
Batalia o biust aktorki przeszła do historii kina: Hughes wciąż powiększał dekolty w jej kostiumach, a po to, by piersi robiły większe wrażenie, skonstruował specjalny biustonosz. Zdjęcie wydekoltowanej Russel, opartej o stóg siana, z koltem w ręku, znał każdy amerykański szeregowiec. I choć krytyka nazwała “Wyjętego spod prawa” szmirą wszech czasów, obraz stał się przebojem, który zarobił więcej niż “Przeminęło z wiatrem” . Cenzorzy nie chcieli zgodzić się na wyświetlanie filmu, tym bardziej, że był promowany gigantycznymi plakatami z napisem: “Jak chciałbyś poszamotać się z Russel?”. Hughes wytoczył im proces, który stał się kamieniem milowym w walce z obyczajową cenzurą.
Milioner tragarzem
- Proszę ciąć. Jak najkrócej – dwudziestokilkuletni elegant usadowił się na fotelu. Fryzjer nie oponował i klient nabrał wyglądu człowieka z ulicy. Był rok 1932. Młody człowiek po wizycie u fryzjera odwiedził tanie sklepy: kupił ubranie z bawełny i buty, jakie nosili ekspedienci. Wsiadł w pociąg do Teksasu i stanął w kolejce do biura zatrudnienia American Airlines. Po okazaniu karty pilota wydanej na nazwisko Charles Howard dostał stanowisko tragarza. Od 7.30 ładował bagaże, potem siadał na miejscu drugiego pilota i uczył się latania. Sztukę opanował szybko. Miał przed sobą karierę w American Airlines, kiedy rozpoznano w nim Howarda Hughesa. Milioner, który jako nastolatek dostawał kieszonkowego 5 tys. dolarów, zarabiał 115 miesięcznie. Po ujawnieniu mistyfikacji ogłosił, że zbierał materiał do filmu. Doświadczenia wykorzystał w innym celu.
Założył Hughes Aircraft Company w Kaliforni, zatrudniając 3000 naukowców i konstruktorów samolotów. Potem przejął linie lotnicze TWA i zaczął starania, by wprowadzić Amerykę w erę odrzutowców. Podczas wojny zaprojektował supernowoczesne podajniki amunicji, potem także rakiety powietrze-powietrze. Stał się twórcą największego samolotu, jaki kiedykolwiek latał – Herculesa o drewnianej konstrukcji, zwanego Świerkową Gęsią.
Do historii przeszły jego rekordy lotnicze. 9 godz. i 27 min.trwała jego lot przez Stany Zjednoczone, a 3 dni, 19 godz. i 17 min. naookoło kuli ziemskiej . Po kolejnym rekordzie i triumfalnym przejeździe przez ulice Nowego Jorku, uciekł z przyjęcia. Zadzwonił i rzucił – Kate, doleciałem.
Dziwkarz publiczny nr. 1
Kate to Katherine Hepburn, czterokrotna zdobywczyni Oscara. Była jedną z kilkuset kochanek Hughesa, i jedną z kilku, o których myślał poważnie. Żądnej nie potrafił dochować wierności.
- Byłam w nim zakochana do szaleństwa – wyznała po latach Hepburn. Mimo to odeszła. Zwykle powodem rozstań były ciągłe zdrady Howarda. Hepburn jednak bała się ciągłej rywalizacji – oboje nie potrafili ustępować. Później nie spotkał nikogo, komu mógłby być w równym stopniu oddany. Jego żona Jean Peters pojawiła się zbyt późno.
W wytwórni RKO Hughes zatrudniał początkujące gwiazdeczki, mamiąc je wizją kariery. Otrzymywały strzeżony apartament, pensję i harmonogram wypełniony lekcjami tańca, śpiewu i aktorstwa. Wieczory wypełniało oczekiwanie na spotkanie z tajemniczym panem Hughesem, którego większość nigdy nie zobaczyła na oczy. Nieliczne doczekały się obiecanych ról.
Oferował małżeństwo dziesiątkom kobiet, Ginger Rogers i Lanie Turner. Obietnicę spełnił raz, z Peters (wcześniejsze małżeństwo z Ellą Rice zaaranżowała rodzina). Nawet dla niej nie potrafił zrezygnować z podwójnego życia: mając 51 lat postawił sobie za cel spędzenie sylwestra z trzema kobietami. W hotelowej jadalni czekała Jean Peters, przy stoliku udekorowanym bukietem gardenii. W sali obok siedziała Susan Gayward z różami i szmaragdową bransoletką jako upominkiem. W hotelowym bungalowie tkwiła gwiazdka Yvonne Schunert. Hughes przysiadał przy każdym ze stolików na kilka minut, po czym znikał, wywołany do “niezwykle ważnego telefonu”. Hayward zorientowała się, że coś nie gra: pobiegła za Hughesem, doganiając go przy stole Peters: – Cześć, Jean – rzuciła. – Jesteś dziś na liście druga, prawda? Bo ja jestem pierwsza.
Milioner musiał zrezygnować z potrójnej randki – spędził noc z Yvonne. Nic dziwnego, że gazety nazwały go “dziwkarzem publicznym nr 1″
Luksusowa śmierć
Kiedy 5 kwietnia 1976 r. lekarz wszedł do hotelowego apartamentu w meksykańskim Acapulco, aby zbadać Howarda Hughesa, nie wierzył własnym oczom. W najdroższym w hotelu leżał człowiek, który wyglądał na 80 lat. Był nagi, na kościstych rękach widniały ślady od zastrzyków, a brzuch miał wydęty z niedożywienia. – Najbogatszy człowiek w Ameryce chory, zagłodzony i zaniedbany niczym bezdomny – wspominał lekarz. Podczas sekcji zwłok okazało się, że milioner nie musiał umrzeć. Przyczyną śmierci było niedożywienie i przedawkowanie kodeiny.
Ludzie z otoczenia Hughesa, szybko zauważyli, że kłopoty emocjonalne bogacza mogą być złotą żyłą. Zachowywał się irracjonalnie, uciekał od świata, nie myjąc się, zapuszczając paznokcie i zużywając tony chusteczek, które miały go chronić przed zarazkami. Dodatkowo głuchł, przebyty w młodości syfilis niszczył szare komórki, odzywały się skutki wypadków. Dziś lekarze nie mają wątpliwości – życie Hughesa zniszczyła nerwica natręctw, możliwa do wyleczenia. Wtedy jednak nikt nie umiał jej zdiagnozować, a świta milionera znalazła “lekarstwo” – kodeinę, narkotyk, którym szpikowano go przez lata. Podwładni odcięli go od świata – przenoszony z miejsca na miejsce, miesiącami tkwił w zaciemnionych pokojach, izolowany od bliskich. Świta Hughesa w tym czasie bez opamiętania wydawała jego majątek – straty jego firmy w l. 70. wyniosły 100 mln dolarów.
Na pogrzeb w Houston przyszło kilkanaście osób z najbliższej rodziny, nie było przyjaciół, kochanek, filmowców. Na jednym z wieńców żałobnych powiewała wstęga z napisem: “Przybył, zobaczył, zwyciężył”. Ufundował go fitness club z Kaliforni.

Autor artykułu: Magda Piekarska

Chytry dwa razy traci

Saturday, February 19th, 2005

* Pierwszy krok w chmurach…
– Macierzyństwo. Wydaje mi się, że był to przełomowy moment w moim życiu. Dziecko uzupełnia życie dwojga ludzi. Dzieje się tak prawie w każdym przypadku.
* Stawka większa niż życie…
– Najważniejszym wydarzeniem w moim życiu była praca z Krystianem Lupą. Jest to najciekawszy reżyser, z jakim miałam okazję się zetknąć. Najbardziej mnie rozwinął, najwięcej mi dał. Było to wiele lat temu.
* Czas apokalipsy…
– Nie lubię mówić o swoich słabościach. Nie wiem, czy były to okropne chwile. Może czasami nie miałem wystarczającej siły, by się poderwać, czemuś się sprzeciwić. Ale to moja tajemnica.
* W tak pięknych okolicznościach przyrody…
– Najpiękniejsza podróż? Na Bergano do Włoch. Była to bardzo długa podróż – na sam koniec włoskiego buta. To najbardziej dziki teren Italii. Krajobrazy jak w Meksyku: jedzie się przez pustynię, a dalej przepiękne lasy. Być może to ostatnie chwile, by tam pojechać, bo Włosi chcą tam zrobić rezerwat.
* Filmowy zawrót głowy…
– Najważniejszy firm fabularny w moim życiu to “Wszystko, co najważniejsze”. Ma on najlepszy scenariusz, z jakim pracowałam.
* Przeminęło z wiatrem…
– Żałuję jedynie mojego dzieciństwa. Szkoda, że nie wróci. Chciałabym być dzieckiem ze świadomością dorosłej osoby.
* Wsiąść do pociągu byle jakiego…
– Może to być bardzo bliska podróż. Dla mnie ważniejsi są ludzie, z którymi podróżuję, niż miejsca. Uważam, że największe podróże życia można przeżyć także wokół swego stołu w kuchni.
* Być albo nie być – oto jest pytanie…
– Najważniejsze wartości w życiu? Nie należy walczyć ze sobą, trzeba poddawać się własnej intuicji, przeżyć życie nie tylko w sposób godny, ale także szalony i ciekawy. Ponadto nie ranić innych.
* Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie…
– Przełomową chwilą w moim życiu było przejście w dorosłość, czyli moment, w którym zamieszkałam z moim obecnym partnerem – największą miłością mojego życia.
* Miłość ci wszystko wybaczy…
– Oczywiście, że tak. Nie mam żadnych wątpliwości.
* Przepraszam, czy tu biją…
-– Bardzo niebezpiecznie jest w tej chwili, bo mróz chwycił, a ja nie mam opon zimowych w samochodzie. Chytry dwa razy traci.
* Na dobre i złe…
–Z bliskim człowiekiem, bo to najlepszy przyjaciel. W odróżnieniu od psa można z nim porozmawiać.
* Pamiętam Ciebie z tamtych lat…
– Dwie bardzo ważne kobiety, wielkie przyjaźnie. Jedna z Jolantą Zalewską, druga z Jolantą Fraszyńską, aktorkami. Przyjaciółki od zawsze.
* Kobiety wolą twardzieli…
– Kobiety lubią otaczać się silnymi mężczyznami. Ale lubią także nieudaczników. Nie ma reguł.
* Jesteś idolem, wielbi Cię tłum…
– Czułam się tak na ostatnich zakupach w supermarkecie. Bardzo często gromadzą się wokół mnie ludzie. To miłe, że doceniają naszą pracę.
* Być kobietą…
– To móc wszystko i musieć wszystko. Być ciepłą, piękną, potrzebną.

Ewa Skibińska urodziła się we Wrocławiu. Skończyła PWST w stolicy Dolnego Śląska. W 2000 roku otrzymała nagrodę za rolę w sztuce “Prezydentki” Teatru Polskiego we Wrocławiu na 40. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. W 2002 nagroda im. Fredry przyznana przez Wrocławskie Stowarzyszenie Teatralne za rolę w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zagrała w kilkudziesięciu filmach i serialach, m.in: “Dekalogu”, “Na dobre i na złe”, obecnie gra w polsatowskiej telenoweli “Pierwsza miłość”.

Autor artykułu: Jarosław Sulikowski

Jeśli dziś czwartek, to zrobią coś dobrego

Saturday, February 19th, 2005

Kluby rotariańskie działają na świecie od stu lat

Kończą w tym roku sto lat. W środę będą obchodzić dzień światowego zrozumienia i pokoju. To pierwsze jest naprawdę, do drugiego jeszcze daleko. Na całym świecie jest ich ponad milion. Działają w 163 krajach, w 30 tysiącach klubów. Wszędzie kierują się tymi samymi zasadami. I gdziekolwiek są, szukają swoich

Co zrobi rotarianin na zagranicznej wycieczce, nawet w najbardziej egzotycznym miejscu? Poszuka lokum najbliższego klubu Rotary i zjawi się na obowiązkowym spotkaniu w czwartek. Opowie, co rotarianie robią w jego mieście, kraju, kontynencie. Nie do wiary? A to działa już od stu lat!
Dary losu
Dziś już trudno dojść, jakie były początki struktur rotariańskich na Dolnym Śląsku. Ci, którzy tworzyli podwaliny działających dziś trzech klubów, wspominają o roli profesora Wojciecha Witkiewicza i środowiska lekarzy. I o początku lat 90., bo wtedy to się u nas zaczęło.
Od tamtego czasu dorobek, którym wrocławscy rotarianie chcą się chwalić, to poprawa losu setek ludzi, którzy dostali wsparcie: stypendia naukowe dla zdolnych i niezamożnych, wózki inwalidzkie dla tych, którzy nawet nie śmieli spodziewać się pomocy i zmiany życia, sprzęt potrzebny do normalnego funkcjonowania i pieniądze na leczenie. Nie tylko dla “swoich”, bo każdy może napisać do nich list, pismo, prośbę. Jeśli według rotarian zasłuży na taki dar losu, będzie mu dany.
Czy przez wszystkie sto lat istnienia swojej organizacji rotarianie z równym zapałem poszukiwali ludzi, których świat może się zmienić dzięki ich pomocy, trudno ocenić. Wiadomo natomiast, że w tym jubileuszowym, setnym roku istnienia Rotary, należący do niego Dolnoślązacy uszczęśliwili ponad pół setki osób, ofiarowując im nowe życie.
Czterdziestu wózkowiczów
Wzruszającą uroczystością było przekazanie trzydziestu wózków inwalidzkich ofiarowanych dla wrocławian przez klub z Los Angeles w kwietniu 2004 roku. – Obecni podczas tego zdarzenia niemieccy rotarianie przeżyli takie emocje, że postanowili dołożyć się do tego daru i dosłali kolejny sprzęt dla niepełnosprawnych – relacjonuje Janusz Klinowski, szef Rotary Club Wrocław Panorama.
Wśród obdarowanych znalazła się Katarzyna Owsiak.
- Pani Kasia jest osobą wielkiej wrażliwości; w ramach terapii zbiera zabawki dla oddziału dziecięcego szpitala znajdującego się przy ulicy Traugutta, nie poddając się niedomaganiu ciała. Właśnie w tej sprawie skontaktowała się z nami. Wspólnie zdecydowaliśmy, że nie tylko pomożemy jej w poszukiwaniu zabawek, ale także dostarczymy jej nowy wózek inwalidzki – opowiadają rotarianie.
W maju, podczas inauguracji obchodów stulecia, z koncertem skrzypcowym w Auli Leopoldina wystąpiła Kinga Augustyn, wrocławianka, która dzięki pomocy Rotary Club Wrocław i Rotary Club Dresden, uczy się w słynnej Julliard School w Berkley.
Dziewięcioletni Pawełek z Pisarzowic, chory na arthrogrypozę od niedawna jeździ wózkiem elektrycznym sterowanym joystickiem. 21-letnia Beronika z Prochowic, chora na dziecięce porażenie mózgowe, dzięki zainteresowaniu rotarian, ma sprzęt, ułatwiający jej komforowe poruszanie się.
- To był niezwykły widok – wspomina Janusz Klinowski – jak ta dziewczyna głaskała oparcie swojego nowego wózka, nie mogąc uwierzyć, że jest jej.
Jakby dostał oczy
Kamil odkrył swoją chorobę w ósmej klasie szkoły podstawowej.
- W listopadzie zacząłem gorzej widzieć. Byłem ministrantem, litery podczas czytania na mszy świętej zaczęły rozjeżdżać mi się przed oczyma. Diagnoza była oczywista, to choroba dziedziczna, a to samo wykryto u mojej mamy i u babci – zanik nerwu wzrokowego.Było coraz gorzej, trafiłem do szpitala – opowiada Kamil Druzd.
Do szkoły średniej poszedł już na ul. Kasztanową, do ośrodka dla dzieci niewidomych i niedowidzących. Dziś jest studentem I roku fizjoterapii na Akademii Medycznej we Wrocławiu.
Teraz może normalnie uczyć się, korzystać z komputera, dzięki ofiarowanemu mu przy wsparciu Rotary urządzeniu – rzutnikowi powiększającemu na ekranie litery do dowolnych rozmiarów. Przedtem używał prześmiesznych zegarmistrzowskich okularów, a tak nowoczesnej maszyny nigdy nie mógłby kupić sobie sam – kosztowała ponad 25 tysięcy złotych.
I choć wada wzroku pokrzyżowała mu nieco plany życiowe (chciałem iść do seminarium – mówi, uśmiechając się z sympatycznym, zakłopotanym uśmiechem), dzięki swojemu uporowi, pracowitości i sile w pokonywaniu barier będzie mógł pomagać cierpiącym ludziom.
- Uświadomiłem sobie, że to prawie to samo. Tez będę niósł ukojenie. Może nie dla cierpiącym na duszy, ale na ciele – mówi przemiły 21-latek.

Lekarza już mamy
– Do klubu przystąpić może każdy, jeśli wprowadzą go dwie znane nam osoby, ale w jednej strukturze nie mogą działać przedstawiciele dwóch takich samych branż. Jeśli spotka się tu dwóch lekarzy, muszą być innej specjalności, jeśli przystąpią do nas dwaj dziennikarze, to nie mogą być przedstawicielami jednej dziedziny – tłumaczy Janusz Klinowski, prezydent na kadencję 2004/2005 Rotary Club Wrocław Panorama. Jego poprzednikiem był Dariusz Lewera, bo klubowi na ogół szefuje się rok. Rok to dużo, żeby pokazać, że można wiele zdziałać dla innych. A jednocześnie każdy ma szansę się zasłużyć, wypróbować, nikt nie zagrzewa stołka, jak tłumaczą rotarianie.
Parorama to trzecia organizacja Rotary we Wrocławiu. Klub nie może mieć więcej niż 40 członków. Jeśli ludzi jest więcej, tworzą nową organizacje.

Cztery
Jest to formuła, wyznaczająca poziomy funkcjonowania w ramach klubów Rotary i sprawdzian etyki członka każdego klubu. Pytania pozwalają określić wartości etyczne, jakim hołdują rotarianie – prawda, uczciwość, budowanie, korzyść. Rotarianie pytają: Czy jest to prawda? Czy jest to uczciwe w stosunku do wszystkich zainteresowanych? Czy wspomaga to dobrą wolę i buduje przyjaźń? Czy będzie to korzystne dla wszystkich zainteresowanych?
Cztery są również cele, jakie sobie wytyczają – służba klubowi, służba zawodowa (prezentowanie innym użyteczności swojego zawodu), służba społeczności lokalnej, służba międzynarodowa.
Rotarianie chcą żyć w prawdzie i uczciwości, uważają, że nikogo nie można skrzywdzić dla swoich zysków, nie popierają drapieżnego kapitalizmu, cenią intelektualną myśl.
Rotary jest stowarzyszeniem przedsiębiorców i ludzi różnych zawodów z całego świata. Świadczy pomoc humanitarną zarówno żyjącym w ich mieście i regionie ludziom niepełnosprawnym, szczególnie uzdolnionym i niezamożnym potrzebującym wsparcia z powodu nieszczęścia lub choroby, jak i ofiarom kataklizmów na świecie, na przykład teraz – ofiarom tsunami. Kluby dbają o wysokie normy etyczne w każdym zawodzie, chcą budować dobrą wolę i pokój na świecie. Ponad własne interesy.

Autor artykułu: Barbara Chabior

Godziny jak w banku

Friday, February 18th, 2005

Wrocław Nie ma w nim lokat ani korzystnych odsetek. Można jednak zaoszczędzić – na czasie

Każdy przecież coś potrafi, ale z umiejętności kogoś innego też chętnie by skorzystał. Studentki zaopiekują się dziećmi, w tym czasie gospodynie domowe upieką dla nich ciasto, a emeryci przyprowadzą gospodyniom dzieci ze szkoły. Bank czasu to grupa ludzi, którzy chcą nawzajem świadczyć sobie usługi.
Założyła go Jadwiga Magnuszewska, mama 5-letniej Marty i 3-letniego Łukasza. Pomysł podpatrzył jej mąż, kiedy surfował po Internecie, bo tam właśnie działa bank. A ponieważ pani Jadwiga akurat nie pracowała, pomyślała, czemu nie. – Każdy chciałby pomóc drugiemu, trudniej jest samemu prosić o pomoc – mówi wrocławianka. – Nasza inicjatywa to doskonały sposób na budowanie lokalnej społeczności i integrację. Tylko że we Wrocławiu to jeszcze tak nie funkcjonuje, bo jesteśmy rozproszeni po całym mieście – dodaje.
Katalog potrzeb jest spory: naprawy rowerów, konwersacje z angielskiego, opieka nad domem, wizyta w nagłej potrzebie, wspólna przejażdżka i wyjścia na zajęcia rehabilitacyjne, przyjacielskie telefony itd.
Jeżeli udzielamy pomocy członkowi banku czasu, to każda godzina naszej pracy jest zapisywana na osobistym koncie „ma”. Każda godzina przyjętej od kogoś pomocy ląduje w rubryce „winien”. Do tej wymiany nie są potrzebne pieniądze, gdyż w banku czasu za nic się nie płaci. – Nawet za wynajmowanie sali na nasze spotkania nie wykładamy gotówki, tylko odpłacamy się korepetycjami dla dzieci z sąsiedniej świetlicy środowiskowej – opowiada koordynatorka.
Więcej informacji można znaleźć pod adresem www.bankiczasu.eco.pl

Autor artykułu: (EGG)

Wyrok na dwie zmiany

Friday, February 18th, 2005

Wrocław Mecenasi nie chcą wieczorami przychodzić do sądu

Lada dzień okaże się, czy wrocławski sąd będzie pracował od rana do późnego wieczora. Już raz zrezygnowano z takiego pomysłu, bo adwokaci go zbojkotowali. Teraz też zapowiadają,
że nie będą chodzić na popołudniowe rozprawy

Od maja do października zeszłego roku wydziały: gospodarczy, pracy i cywilny pracowały na dwie zmiany. Rozprawy kończyły się o godzinie 19. Dzięki takiemu systemowi miało ubyć zaległych spraw. I ubywało, ale nie tyle, ile życzyliby sobie sędziowie.
Okazało się bowiem, że adwokaci bojkotują popołudniowe rozprawy i nie pojawią się na nich. Sędziowie zamiast wydawać wyroki, siedzieli bezczynnie. – Część rozpraw nie odbywała się ze względu na prośby i wnioski pełnomocników stron, którym nie odpowiadała późna godzina – potwierdza Dominik Flunt z biura prasowego sądu okręgowego.
Dlatego na początku października nie wyznaczano już ani jednej popołudniowej rozprawy. Być może jednak praca na dwie zmiany powróci. Wrocławski sąd zastanawia się nad ich wprowadzeniem.
Adwokaci nie ukrywają, że nie podoba im się raz już testowany pomysł.
– Jestem przeciwny. W sądzie nie tylko chodzi o ilość wyroków, ale i ich jakość – mówi Henryk Rossa, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej we Wrocławiu. – Lepszym pomysłem byłoby rozpoczynanie pracy wcześniej. Na przykład o godzinie 8 rano – dodaje i wylicza: – Sekretariaty sądu są przepracowane i kolejnych spraw mogą nie obsłużyć. Sędziowie od kilku miesięcy pracują ponad siły i dołożenie im kolejnej pracy może się skończyć dla nich tragicznie. Poza tym świadek i przesłuchiwany rano jest w lepszej kondycji niż o godzinie 19 – mówi adwokat. Jego zdaniem, aby zmniejszyć zaległości, sądy powinny zadbać o zwiększenie ilości sal i poprawę warunków technicznych.
Jedynymi zadowolonymi z tych planów są petenci sądu. – Jestem świadkiem w sprawie stłuczki, która wydarzyła się 1,5 roku temu. Dziś nic już z tego zdarzenia nie pamiętam. To jest kompletnie bez sensu. Takie sprawy powinny być załatwiane od ręki – mówi Dariusz Piątek. •

Ile czekamy?
Średni czas załatwienia sprawy przez wrocławskie sądy:
d sprawy prawa pracy
– 7,5 miesiąca
d sprawy prawa cywilnego
– 3 miesiące
d sprawy prawa gospodarczego – 1,7-1,8 miesiąca

Autor artykułu: Przemysław Ziółek

Znak wspak

Friday, February 18th, 2005

Głupi wybryk mógł spowodować tragedię

Wrocławscy policjanci zatrzymali dwóch mężczyzn, którzy wczoraj w nocy na skrzyżowaniu Podwala z ul. Świdnicką przemalowywali… znak drogowy informujący o objeździe remontowanego placu 1 Maja.
Chuligani (jeden z nich miał 23 lata, drugi był o rok starszy) na znaku informującym o możliwości jazdy prosto domalowali strzałkę informującą o skręcie.
– Mieli świadomość, że wprowadzają kierowców w błąd – mówi Krzysztof Zaporowski z biura prasowego dolnośląskiej policji.
Teraz obydwaj odpowiedzą przed sądem za swoje czyny.

Autor artykułu: (kam)

Znak wspak

Thursday, February 17th, 2005

Głupi wybryk mógł spowodować tragedię

Wrocławscy policjanci zatrzymali dwóch młodych mężczyzn, którzy w nocy na skrzyżowaniu Podwala z ul. Powstańców Śląskich przemalowywali… znak drogowy informujący o objeździe remontowanego Placu 1 Maja.
“Żartownisie” ( jeden z nich miał 23 lata, drugi był o rok starszy) na znaku informującym o możliwości jazdy prosto domalowali strzałkę informującą o skręcie.
- Mieli świadomość, że wprowadzają kierowców w błąd. Jak wyjaśniali chcieli w ten sposób zaprotestować przeciwko remontom dróg w mieście – opowiada Krzysztof Zaporowski z biura prasowego dolnoślaskiej policji.
Przy zatrzymanych policjanci znaleźli szablon, który wykorzystali do przemalowania znaku i farbę w sprayu. Okazało się ze ci sami ludzie zamalowali też wiatę przystankową, budkę telefoniczną i elewację sklepu w centrum miasta.
Ponieważ jeden z mężczyzn w chwili zatrzymania był pod wpływem alkoholu to trafił na izbę wytrzeźwień. Teraz obydwaj odpowiedzą przed sądem za swoje czyny.

Autor artykułu: (kam)

Wakacje z Jagodnikiem

Thursday, February 17th, 2005

Rozmowa z Primozem Kobale, koszykarzem testowanym przez Deichmanna Śląsk Wrocław

* Co Pan wiedział na temat Wrocławia przed przyjazdem do Polski?
- Wiedziałem, że miasto liczy sobie 650 tysięcy mieszkańców i gra w nim najbardziej utytułowany klub koszykarski w Polsce.
* W tym roku, nawet gdyby okazało się, że jest Pan genialnym graczem kolejnego mistrzostwa raczej nie będzie…
- Wiem, że naszym celem na obecną chwilę jest przede wszystkim zakwalifikowanie się do play-offów. Najlepiej z co najmniej szóstego miejsca, bo w przypadku trafienia na Anwil lub Prokom będzie niezwykle ciężko. Jeśli ominiemy te zespoły w I rundzie, to może się potoczyć lepiej niż ktoś by mógł pomyśleć.
* Mówi Pan niemal jak już pełnoprawny gracz Śląska i w dodatku świetnie orientujący się w realiach polskiej koszykówki.
- O tym czy podpiszę kontrakt zadecydują trenerzy, wierzę jednak w siebie i w ciągu tych trzech dni powinienem ich do siebie przekonać. W czwartek i w piątek będzie mi już raźniej. Co do wiedzy o polskim baskecie, to wszystkiego dowiedziałem się buszując w Internecie. O Polsce i Śląsku opowiadał mi również mój dobry kolega, grający w Prokomie Goran Jagodnik. Poznaliśmy się gdy grał razem ze mną w Polzeli.
* Musi Pan wiedzieć, że wrocławscy kibice za nim nie przepadają…
- Tak bywa (śmiech). Nic to przecież nie zmieni w moim stosunku do niego. W zasadzie co roku razem spędzamy wakacje i pewnie będzie tak dalej.
* Trenerzy Śląska potrzebują klasycznego strzelca. Dobrze trafili?
- Myślę, że tak. Bardzo dużo rzucam z półdystansu, bądź za trzy punkty. To są moje najmocniejsze punkty. Ostatnio na Węgrzech miałem średnią, prawie 20 punktów na mecz. To chyba odpowiedni wynik.
* Wrocławski klub chyba bardzo lubi Słoweńców.
- Coś w tym jest, bo przecież wiele sezonów pracował tu Andrej Urlep. No, ale teraz pracuje w Anwilu. Do Słowenii dotarło nawet, że ma spore problemy z poznaną w Polsce żoną.
* A niedawny szkoleniowiec Śląska – Tomo Mahorić? Jakim jest trenerem?
- Ja sam z nim nie pracowałem, więc ciężko mi go oceniać od strony warsztatu, ale bronią go wyniki. No i pochodzi z bardzo dobrej szkoły, znanego w całej koszykarskiej Europie – Zmago Sagadina.
* Czy w razie podpisania kontraktu przyjedzie do Pana rodzina?
- Na razie muszę ją założyć, bo ślub planuję na wakacje. Nie chciałbym jednak przebywać we Wrocławiu sam, więc moja narzeczona Sandra już na początku marca ma do mnie dołączyć.
* Śnieżna pogoda nie przeraża?
- A skąd! W Słowenii to normalna sprawa. Chętnie pojeździłbym sobie na nartach, ale od dziesięciu lat nie mogę, bo prawie zawsze zabraniają mi tego punkty kontraktu. Może i dobrze, bo jakaś poważna kontuzja odniesiona na stoku mogłaby mnie wyłączyć z gry na cały sezon. A przecież żyję z gry w koszykówkę, a nie z narciarstwa.
* Interesuje się Pan czymś poza sportem?
- Raczej nie. Moje główne hobby to… koszykówka (śmiech). W lecie uprawiam windsurfing. Na to na szczęście mogę sobie pozwolić.

Primoz Kobale
Urodzony: 20.06.1976
Pozycja: rzucający obrońca
Wzrost: 194 cm
Kariera klubowa: słoweńska Polzela (1992-2001), portugalska Gaia (2001/02), słoweńska Pivovarna Lasko (2002/03), Polzela (2003/04), węgierskie Marso-Carmo (2004/05)

Autor artykułu: Michał Karpiński

Medalowa sesja

Thursday, February 17th, 2005

Pierwsze wersje najstarszych odznaczeń polskich: Orderu Orła Białego i Order Virtuti Militari na pewno nie odpuszczą sobie wielbiciele sztuki medalierskiej, którzy zjadą jutro na sesję naukową. Będzie ona poświęcona czterdziestoleciu istnienia Muzeum Sztuki Medalierskiej.
- Do dziś, w muzeum zgromadzono ponad 50 tys. eksponatów – mówi Juliusz Woźny z Muzeum Miejskiego. – Są to medale, medaliony, plakiety, ordery i odznaczenia polskie i obce. Od XVI wieku po czasy nam współczesne.
Czterdziesty rok działalności dla Muzeum Sztuki Medalierskiej to czas zmian. W grudniu 2004 muzeum zamknęło swoje wystawy i wyprowadziło się z kamienicy “Pod Złotym Słońcem” w Rynku. To początek przeprowadzki do nowej siedziby przy pl. Wolności, która ma być wyremontowana. Do tego czasu funkcjonować będzie nadal przy ul. Kiełbaśniczej 5. Przygotowane wystawy eksponowane będą też w Ratuszu oraz w Muzeum Militariów w Arsenale i w oddziałach Muzeum Miejskiego Wrocławia.

Autor artykułu: (ANA)

Nowe szaty Śląska

Wednesday, February 16th, 2005

Jutro wrocławianie grają w Dzierżoniowie z Heko (godz. 13)

Patryk Lipiński, kontuzjowany podczas ostatniego sparingu Śląska z Chrobrym, będzie jeszcze pauzował przez tydzień (uraz pachwiny). Skręcenia nogi w kostce doznał także Dariusz Sztylka, ale w jutrzejszym spotkaniu na sztucznej trawie w Dzierżoniowie z Heko Czermno będzie do dyspozycji trenera Ryszarda Tarasiewicza.
- Nie planujemy drugiego obozu. Trenujemy we Wrocławiu, korzystając z hali oraz parku przy ul. Ojca Beyzyma. W nowym sezonie będziemy mieli cztery komplety nowych strojów firmy Adidas. Planujemy, by najczęściej grać w zielonych koszulkach, białych spodenkach i zielonych getrach – powiedział nam Zbigniew Słobodzian, kierownik Śląska.
Informowaliśmy już, że do 17 lutego wrocławianie mieli uregulować zaległości finansowe wobec m.in. trenera Mariana Putyry oraz byłych zawodników: Krzysztofa Pyskatego, Piotra Włodarczyka i Arkadiusza Aleksandra. Okazuje się, że nowo powołany Wydział Dyscypliny PZPN zajmie się tą sprawą tydzień później, czyli 24 lutego. Działacze Śląska tym razem nie wesprze Janusz Cymanek, który do końca tego miesiąca przebywa w podróży służbowej (zawodowo działa w branży drukarskiej).

Autor artykułu: (im)