Źle działający piec olejowy spowodował pożar w klinice hematologii przy ul. Bujwida
Strażacy musieli ewakuować pięcioro małych pacjentów Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej. Przed południem w sąsiadującym z nią budynku przy ul. Bujwida wybuchł groźny pożar
Ogień wybuchł za ścianą sali, w której przebywały dzieci.
- W pomieszczeniu unosił się ostry, gryzący i gęsty dym. Dzieci wpadły w panikę. My też bardzo się przestraszyliśmy – opowiada prof. Alicja Chybicka, kierownik kliniki hematologii. Strażacy i lekarze przenieśli dzieci do innych pomieszczeń.
Nikomu nic się nie stało. Na miejscu czekały jednak karetki pogotowia, gotowe w każdej chwili przewieźć małych pacjentów do innych szpitali.
- Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby zaszła konieczność ewakuacji dzieci poza klinikę – mówi Chybicka.
Leży tam 75 młodych pacjentów. Dwadzieścioro z nich przebywa na oddziale poprzeszczepowym. Muszą leżeć w sterylnych warunkach, z ciągłym nawiewem czystego powietrza. Ich ewakuacja byłaby niezwykle trudna i niebezpieczna.
Wielu potrzebuje stałego dostępu sterylnego powietrza. Nie mogą opuszczać szpitalnych pomieszczeń.
Pożar wybuchł w pracowni komputerowej na poddaszu sąsiadującego z kliniką Zakładu Farmakologii Klinicznej Akademii Medycznej we Wrocławiu. Jego przyczyny bada specjalna komisja. Nieoficjalnie wiadomo, że dziś pracownicy zakładu po raz pierwszy włączyli w pracowni piec olejowy. Zostawili go bez opieki.
- Wszystko wskazuje na to, że to właśnie wadliwie działająca instalacja elektryczna stała się przyczyną nieszczęścia – mówi młodszy brygadier Dariusz Kopa z wrocławskiej straży pożarnej.
Z ogniem walczyło sześć zastępów strażaków
– Pożar udało się szybko opanować, ale mogło skończyć się to znacznie tragiczniej – podkreśla Kopa.
- Paliło się duże pomieszczenie, w którym znajdowało się wiele łatwopalnych materiałów. Płomienie wydobywały się przez okna, zagrożone były stropy. Pod wpływem temperatury w sali pękały szyby. W klinice było mnóstwo dymu, to znacznie utrudniało akcję – opowiadają strażacy.
- Całe szczęście, że straż pożarna sąsiaduje z naszym budynkiem. Zjawiła się natychmiast. Dwie minuty po naszym telefonie gasili już ogień – opowiada profesor Chybicka.
Straty nie są jeszcze znane. Mali pacjenci nie będą mogli na razie wrócić do swojej sali. Była bardzo mocno zadymiona.
Lekarze podkreślają, że straż pożarna zjawiła się na miejscu błyskawicznie. Sąsiadują z budynkiem kliniki. Dwie minuty po zgłoszeniu już gasili ogień.
Autor artykułu: Michał Gigołła