Archive for November, 2004

Uratowali honor Polski

Tuesday, November 30th, 2004

KARATE SHOTOKAN Medale wrocławian w ME w Kadyksie

Tylko 7 medalowych krążków zdobyli reprezentanci Polski w mistrzostwach Europy w karate shotokan, które odbyły się w hiszpańskim Kadyksie. – To klęska! – twierdzi były szkoleniowiec kadry narodowej Piotr Babicz, szkoleniowiec Budokanu Wrocław. I trudno nie odmówi mu racji, skoro w roku ubiegłym medali było 10, w tym aż 5 złotych. Po raz kolejny honor kadry uratowali wrocławianie, podopieczni wspomnianego trenera Babicza oraz Andrzeja Zarzyckiego (AZS AR).

Medale wrocławian
Srebrne: kata seniorek – Michalina Łoboda (Bushi-do Bydgoszcz), Marta Szymczak (Budokan ), Agnieszka Wolna (AZS AR), kumite mężczyzn – Bartosz Sołtysiak, Paweł Pinis, Andrzej Studziński (wszyscy Budokan), Michał Głowacki (AZS AR), Witold Wojciechowski (Shobuken Łódź).
Brązowe: Agnieszka Wolna w kata, Marta Szymczak (obie Budokan) w kumite juniorek oraz zespoły: kata seniorów – Wojciech Bloch i Paweł Nochowicz (obaj Obornicki Klub Karate), Łukasz Wolny (AZS AR), kumite kobiet – Karolina Grąbczewska (Kamikadze Gryfino), Agnieszka Szumlańska i Marta Szymczak (obie Budokan), Anna Fajkowska (Bushi-do).

Autor artykułu: (im)

Nowaczyk na dokładkę

Tuesday, November 30th, 2004

ŻUŻEL Atlas bliski skompletowania składu, czyli Wielkopolska na Dolnym Śląsku

Wczoraj wieczorem zebrał się zarząd Kolejarza Rawicz, by podjąć decyzję, czy sprzedać do Wrocławia Marcina Nowaczyka. – Nie chcemy tego, ale mamy długi. Jak ma odejść, to do Wrocławia, bo tam jest najlepszy trener w Polsce – przyznał menedżer Kolejarza Zygmunt Mikołajczyk

Po tym, jak nie udało się przeforsować podwyższenia limitu wieku dla rezerwowego juniora do 23 lat, stało się jasne, że WTS musi znaleźć partnera dla Roniego Jamrożego. Gdzie? Prezes Stali Gorzów sięgnął do własnej kieszeni, by spłacić dług Pawłowi Hlibowi. Nie po to, by ten wyniósł się z Gorzowa. Janusz Kołodziej z kolei najpewniej zostanie w Tarnowie.

Janusz na 99 procent
- Janusz powinien dziś wrócić z USA, a to czy podpiszemy kontrakt 1 grudnia czy kilka dni później nie jest istotne. Ważne, że spotkaliśmy się w pół drogi i warunki zostały uzgodnione. Cieślak co roku zawraca mu głowę, ale na 99 procent Kołodziej u nas zostanie. Skoro nie odszedł jak było źle, to dlaczego ma odejść teraz – zauważył prezes tarnowskiej Unii Szczepan Bukowski. Dodajmy, że sprowadzenie obu wiązałoby się z kosztami, których WTS nie chce ponieść.

Wszystkie drogi w poszukiwaniu juniora prowadzą zatem do Rawicza, zaprzyjaźnionego z WTS-em jak mało który z klubów. Wychowankiem Kolejarza jest 20-letni Marcin Nowaczyk, który ma trafić na listę transferową z kwotą 150 tysięcy zł, i przed którym ostatni sezon w gronie juniorów. Możemy się tylko domyślać, że prezes WTS-u Andrzej Rusko najchętniej by tego młodzieżowca tylko wypożyczył, ale może się okazać, że taka możliwość jest… niemożliwa.
- To nie wchodzi w grę. Mamy długi po poprzednikach i tylko dzięki sprzedaniu Marcina możemy się ich pozbyć. On na pewno nie trafi do Gdańska, bo to za daleko, a właśnie ma się przenieść do zawodówki w Lesznie (samochodówka). Myślę, że jest duża szansa na transfer do WTS-u. Macie najlepszego trenera w Polsce, a Marcinowi potrzeba dużo nauki. W minionym sezonie miał trochę niepotrzebnych upadków, bo za bardzo chciał. To chłopak, którego trzeba hamować. Na wieczornym zebraniu jego przyszłość się rozstrzygnie – zdradził Zygmunt Mikołajczyk.

Wielkopolskie
Towarzystwo
Sportowe

Ciekawostką jest, że po przyjściu Nowaczyka w WTS-ie będzie jeździło sześciu Wielkopolan (Miśkowiak, Świderski, Jamroży i Nowaczyk z Rawicza oraz Hampel i Gapiński z Piły) i jeden wrocławianin (Słaboń). Sławomir Drabik, dla którego w Atlasie zabrakło miejsca, miał wrócić pod Jasną Górę, ale jego plany zaczął torpedować Sebastian Ułamek, który koniec końców zamierza zostać we Włókniarzu. Mimo że ma też m.in. ofertę z Tarnowa. – Szukamy zawodnika na 8-10 pkt. Ułamek? Nie potwierdzam, nie zaprzeczam – stwierdził Szczepan Bukowski. Problem jednak w tym, że Sympatyczny ma opory przed tym transferem. Drabik musi więc chyba ponowić rozmowy z Lotosem.

Atlas Wrocław 2005
Obcokrajowcy
Hans Andersen (Dania)
Seniorzy
Jarosław Hampel
Tomasz Gapiński
Robert Miśkowiak
Krzysztof Słaboń
Piotr Świderski
Juniorzy
Roni Jamroży
Marcin Nowaczyk?

Pierwsza runda WTS-u

I kolejka (3 kwietnia): Atlas – Unia Leszno
II kolejka (10 kwietnia): Unia Tarnów – Atlas
III kolejka (17 kwietnia): Atlas – Lotos Gdańsk
IV kolejka (24 kwietnia): Polonia Bydgoszcz – Atlas
V kolejka (1 maja): Włókniarz Częst. – Atlas
VI kolejka (8 maja): Atlas – Apator Toruń
VII kolejka (15 lub 22 maja): ZKŻ – Atlas

Autor artykułu: Wojciech Koerber

Co tydzień bilet na bal!

Tuesday, November 30th, 2004

Łukasz Mika z Lubachowa zatańczy z najlepszymi sportowcami Dolnego Śląska

Oprócz nagród, przyznawanych dla uczestników naszego Plebiscytu przy okazji poniedziałkowych notowań, przygotowaliśmy kolejną niespodziankę. Co tydzień, we wtorek będziemy, publikować nazwisko osoby, która otrzyma podójne zaproszenie na bal (7 stycznia, hotel Wrocław). Dziś szczęśliwcem jest Łukasz Mika z Lubachowa koło Świdnicy. Gratulujemy! Prosimy o potwierdzenie przybycia (tel. 071 37-46-113).
A nasz styczniowy bal zapowiada się bardzo atrakcyjnie. Oprócz laureatów, uświetnią go znani sportowcy, nie tylko z Dolnego Śląska. Organizatorzy obecnie prowadzą rozmowy z Robertem Korzeniowskim, czterokrotnym złotym medalistą olimpijskim w chodzie sportowym. Ale nie tylko. Szczegóły już wkrótce w naszej gazecie.
Od 13 grudnia w Dolnośląskiej Federacji Sportu (ul. Borowska 1/3 we Wrocławiu można będzie kupować wejściówki na bal, podczas którego ogłosimy wyniki 52. Plebiscytu na Najlepszych Sportowców i Trenerów w naszym regionie.

Autor artykułu: (im)

To już drugie pokolenie

Monday, November 29th, 2004

Przez 20 lat pan Andrzej nauczył tańczyć prawie tysiąc osób
W Nowej Rudzie taniec towarzyski, a od niedawna także nowoczesny, kojarzy się z jednym nazwiskiem: Andrzej Mierzejewski.
To on zorganizował pierwsze noworudzkie spotkania taneczne

Andrzej Mierzejewski, 47-letni noworudzianin, tańcowi podporządkował ostatnie 20 lat swojego życia. Byli
i obecni uczniowie pana Andrzeja mówią
o nim bardzo ciepło. Najmłodsze dzieciaki przychodzą na zajęcia do niego z nieskrywaną radością, choć potrafi być bardzo wymagający. Wszyscy dodają, że to perfekcjonista i przed każdym konkursem, czy wstępem musi wszystko dokładnie sprawdzić. Podczas występów zawsze bacznie obserwuje swoich podopiecznych zza kulis.
– Może to dlatego, że jestem zodiakalnym skorpionem – przyznaje z uśmiechem Andrzej Mierzejewski. – Kiedyś obliczyłem, ilu uczniów przewinęło się przez prowadzone przeze mnie kursy tańca. Wychodzi, że już blisko tysiąc osób. W tej chwili uczę tańczyć drugie pokolenie noworudzian. Na zajęcia tańca nowoczesnego przychodzą dzisiaj dzieci tych osób, które przed laty uczyłem, jak tańczy się walca
i rumbę.
Obecnie pan Andrzej uczy tańczyć
w Nowej Rudzie i Kłodzku. W tym pierwszym mieście, dość często można zobaczyć, jak tańczą prowadzone przez niego grupy. Widownia Miejskiego Ośrodka Kultury zapełnia się wtedy niemal po brzegi. W obu miastach na zajęcia przychodzi ponad 150 młodych adeptów. Uczą się u niego nie tylko tańca towarzyskiego, ale coraz częściej hip-hopu, który z roku na rok zyskuje coraz liczniejszą grupę sympatyków. Czego jest najtrudniej nauczyć młodego człowieka, który trafia do szkoły tańca?
– Systematyczności i pracy – odpowiada bez zastanowienia pan Andrzej. – Ci, którzy chcą tańczyć w finałach ogólnopolskich imprez, muszą zrozumieć, że najpierw trzeba co najmniej dwa lata trenować,
po 2-3 razy w tygodniu. I ciągle, to jest pocieszające, tacy ludzie do mnie trafiają.
Poza tanecznymi zainteresowaniami, pan Andrzej przyznaje, że jest od niedawna zafascynowany jogą, a od wielu lat tenisem ziemnym.

Autor artykułu: Romuald Piela

Mogą odpracować

Monday, November 29th, 2004

Dłużnicy nie chcą spłacać należności wobec zakładu budżetowego

Nasi dłużnicy nie zainteresowali się propozycją pracy
w ramach spłaty zaległych płatności – ubolewa Ryszard Chodorowski, dyrektor Zakładu Budżetowego Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Lwówku.
Ponad 200 osób nie płaci w terminie za wodę, czynsz
i odprowadzanie ścieków. Łącznie oszacowane straty z tego tytułu to około 500 tys. zł. – Najwięcej osób nie płaci za wodę – mówi Ryszard Chodorowski.
Zakład wysyła dłużnikom wezwania do zapłaty. Gdy nie ma odzewu, egzekucja długu jest zlecana windykatorowi. Jeśli i to nie pomaga, sprawę kieruje się na drogę sądową.
– Proces sądowy pociąga za sobą ogromne koszty, dlatego też osobom, które mają najmniejsze zadłużenie, zaproponowaliśmy, aby odpracowały zaległości. Spośród kilkudziesięciu osób, tylko pięć podjęło z nami na ten temat rozmowy, a dwie przyjęły nasze warunki
– twierdzi dyrektor Chodorowski.
Praca ma polegać na porządkowaniu miasta, np. zamiataniu liści i wywożeniu śmieci.
Największy lokatorski dług wobec zakładu wynosi 30 tysięcy złotych. Osoby niespłacające zadłużenia są eksmitowane
z mieszkań.
Mimo to, chętnych do pracy brakuje.

Autor artykułu: (WIK)

Pacjenci się boją

Monday, November 29th, 2004

Nakazano zamknąć gryfowski oddziału chirurgiczny
– Jeśli dojdzie do zamknięcia chirurgii, sparaliżuje to działalność całego szpitala – uważa Piotr Lenartowicz, anestezjolog z Gryfowa. Pacjenci są przerażeni.
– Jeśli będziemy natychmiast potrzebowali operacji, kto mam pomoże? – obawiają się pacjenci

W Jeleniej Górze musiałbym czekać na operację 4 miesiące. Tutaj szybko udzielono mi pomocy medycznej. Zamknięcie tego oddziału to bardzo zła decyzja – mówi Jaromin Kolart z Jeleniej Góry. – Co będzie z tymi, którzy potrzebują natychmiastowej interwencji chirurga – pytają zdenerwowani pacjenci z oddziału operacyjnego w Gryfowie.
– Osoby za to odpowiedzialne nie powinny dopuścić to takiej sytuacji. Najbardziej ucierpimy na tym my, chorzy ludzie – mówi Tadeusz Miękina z Mirska.
Zbigniew Brożek, dyrektor szpitala powiatowego zarządził, że od 1 grudnia, przez miesiąc, nieczynny będzie oddział chirurgiczny w Gryfowie. Oznacza to kierowanie wszystkich pacjentów do szpitala w Lwówku Śl.
– Zmniejszy to dostęp do usług medycznych. W nagłych przypadkach będzie zagrożone zdrowie, a nawet życie ludzi. Na oddziale wewnętrznym i izbie przyjęć obecność lekarza anestezjologa jest potrzebna 24 godziny na dobę – twierdzi Piotr Lenartowicz, który od około dziewięciu miesięcy jest jedynym specjalistą anestezjologiem w gryfowskiej placówce.
Jak powiedział, działania medyczne muszą być podejmowane w ciągu kilku minut, bo szybka pomoc decyduje, czy ktoś przeżyje.
– Może nie być czasu, aby przewieźć pacjenta do Lwówka. Do izby przyjęć trafiają ludzie, którzy po pięciu minutach muszą być na stole operacyjnym – tłumaczy Piotr Lenartowicz.
Jako przykład podaje ostatnie przypadki, kiedy kobieta dokonała samookaleczenia i wbiła sobie dwa szkła w brzuch. Poza tym, na powiat lwówecki oraz część lubańskiego są tylko 3 karetki pogotowia.
– Spowodowane jest to dramatyczną sytuacją kadrową na oddziale w Gryfowie. Jedyny anestezjolog poprosił o urlop na dwa miesiące – wyjaśnia Henryk Kulesza, starosta lwówecki.
Ostateczna decyzja o zamknięciu gryfowskiej chirurgii ma zostać podjęta dzisiaj przy udziale władz powiatu lwóweckiego.

Autor artykułu: Katarzyna Wilk

Małysz miał wolne

Saturday, November 27th, 2004

Wiatr i śnieg nie pozwoliły rozpocząć Pucharu Świata

Zaplanowany na wczoraj pierwszy konkurs Pucharu Świata 2004/05 został przełożony na niedzielę (godz. 14). Taką decyzję organizatorzy podjęli jeszcze przed południem. Inauguracja PŚ powinna jednak nastąpić w sobotę, bo dzisiejsze zawody nie wypadły z harmonogramu.

Przypomnijmy, że w czwartek miały się odbyć w Kuusamo dwie serie treningowe oraz kwalifikacje, ale zostały odwołane z powodu porywistego wiatru. W piątek nie dość, że wiało do 12 m/s, to jeszcze zaczął sypać śnieg. – Nie mieliśmy innego wyjścia – zapewniał dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer. Przed rokiem Austriak zdecydował się rozpocząć zawody w Kuusamo i później gorzko tego żałował. Po dwóch niegroźnych upadkach makabryczny karambol miał Thomas Morgenstern i to Hofer stał się kozłem ofiarnym. Teraz górę wziął już zdrowy rozsądek, a nie marketing.

Według trenera Heinza Kuttina nasza ekipa znalazła się w komfortowej sytuacji, bo do Kuusamo dotarła jako ostatnia, a skakać i tak nie można. Wielce komfortowo jednak nie jest, bo Polacy w ogóle nie trenowali jeszcze na obiekcie K-120. Na grupowaniu w St Moritz oddali po ponad czterdzieści skoków na dziewięćdziesiątce. Do pierwszego konkursu przystąpią więc z marszu i z pewnymi obawami. Obok Małysza w Finlandii przebywają Wojciech Skupień, Mateusz Rutkowski oraz Wojciech Tajner i pozostaną w Skandynawii do kolejnych konkursów (4-5 grudnia) w norweskim Trondheim. W Harrachovie (11-12 grudnia) najsłabszego z tej czwórki zmieni najpewniej Robert Mateja, który kończy rehabilitację skręconego stawu skokowego. Dodajmy, że oba te konkursy nie odbędą się na mamucim Czertaku, lecz na sąsiedniej skoczni K-120.

Autor artykułu: Wojciech Koerber

Nie muszę się podobać

Saturday, November 27th, 2004

Kobiety się go boją, faceci spinają się na jego widok, a środowisko uważa za nienormalnego

Mam twarz mordercy, ale wrażliwość dziecka, zaś moje serce chce się spalić z miłości. Byłbym świetnym amantem. Pokazałbym wszystkim jak trzeba zagrać Romea – zapewnia Eryk Lubos, nietuzinkowy aktor dramatyczny z Wrocławia, obecnie odtwarzający główną rolę blokersa Bogusia w głośnym legnickim przedstawieniu “Made in Poland”.

Głowa ogolona na skina, twardy wzrok, wysportowana, choć groźnie przygarbiona sylwetka, zawadiacki krok.
-Nic dziwnego, że grywasz blokersów, najpierw Silnego w wystawionej w gdańsku “Wojnie polsko-ruskiej pod flagą bialo-czerwoną”, według Doroty Masłowskiej, a teraz Bogusia. Nie boisz się, że cię zaszufladkują i że całe życie będziesz na scenie zakapiorem? – zaczepiam Eryka.
-No co ty?! Jaki z mojego Bogusia zakapior? To on dostaje łomot i zaczyna kumać o co chodzi. Napisz to właśnie takim językiem, żeby Czytelnicy wczuli się w ten klimat. To w środku czysty dzieciak. Często wzrusza się. Wiesz, ile ja płaczę podczas tego przedstawienia? Boguś jest czysty: nie pije, nie ćpa, ma misję, jest rewolucjonistą. Tylko nie ma narzędzi tj. nie potrafi opowiedzieć, nazwać tego, co mu w duszy gra. Jest introwertykiem, a rozsadza go młodzieńczy bunt. Wie, że nie może być bierny. Walczy, czasem głupio. Szuka wielkich rzeczy daleko, a one są tuż tuż, o wyciągnięcie ręki. Znajduje swoich przewodników: matkę, nauczycieli, księdza wzorowanego w tej sztuce na postaci legendarnego już, nie tylko w Legnicy, ojca Gacka. Nie zgadza się z nimi, buntuje się, przestaje być ministrantem, ale jego katarhsis to miłość. Może dlatego tak mu jej brakuje, że wychowywał się bez ojca? Tam jest wiele kluczy i znaczeń. To właściwie poemat pełen “prądu”, komunikatów podanych jasnym, prostym językiem. A Silny z “Wojny polsko-ruskiej” jest głupkiem z Wejherowa, ćpa, więc mózg mu się lasuje, cierpi na słowotok ubrany w barokowe słownictwo. Przerost formy nad treścią. Boguś jest zupełnie inny. Nie można ich porównać. Wywrotka. To zupełnie różne postaci. Ale wielu ludzi niestety wciąż poddaje się sztampie: blokers to bejsbol i tanie wino, bokser to płaski nos i rozbity łeb itp. – mówi Lubos.

Nocne zwierzę

-Amanta raczej nie zagrasz?
-Ależ ja się sprawdzam w rolach kochanków. Bo ja chcę miłości! Postać, która tak krzyczy, to moja życiowa rola.
-Dlatego się rozwiodłeś?- prowokuję Eryka.
-Nie, bo za dużo byłem w teatrze. Gdy jestem w ciągu przygotowawczym do roli, to siedzę nad nią do godz. 3-4 w nocy, a potem chcę dłużej pospać np. do 10. Ja jestem nocne zwierzę, a żona chciała inaczej, wymagała innego rytmu. W wieku 24-25 lat zapisała się na kick boxing i nawet walczyła w ringu! Skandal! I żyj z taką zadziorną babą! Chciała mnie wziąć pod but. Teraz jesteśmy osobno, ale pozostajemy w dobrych stosunkach.
Eryk nie wspomina, że i on jest najlepszym pięściarzem wśród aktorów i chodzi na treningi do Gwardii Wrocław, zaś jego żona to też aktorka.
- Nie wiem co wpadło mi do głowy i kiedyś zgłosiłem się do trenerów Strasburgera i Gosiewskiego. Szybko udowodnili mi, że nic nie umiem. W ringu stając do sparingów z Bartnikiem czy Zeganem nauczyłem się pokory i przestałem się bać. Nauczyłem się brać za bary z rolą. Bo z rolą, którą masz zagrać, wychodzisz na solo. Albo ona ciebie złamie, albo ty ją. I ta jednaka radość w ringu i w teatrze: że to umiem, potrafię! Na filmowym planie poznałem komandosów i teraz skaczę na spadochronie, wspinam się na skałki. Kto nie czuje adrenaliny, ten nie zna smaku życia. Co do żony, to ona nie żyje z aktorstwa. Wystąpiła w jakimś filmie. A tak na marginesie, do pasji doprowadza mnie, gdy ktoś, kto przeszedł się w tyle teledysku czy był statystą w “Złotopolskich”, mówi o sobie, że jest aktorem. Nawet taki Piasek czy ludzie z “Big Brothera” nazywają siebie aktorami. A oni obok aktorów nawet nie stali – złości się Lubos.
-A ty jesteś aktorem?
-Jestem człowiekiem, ze swoją filozofią życia, jak każdy. Jestem normalnym chłopakiem, nie wydumanym, nie wycackanym (stąd ten mój boks). Aktorem stajesz się dopiero po spektaklu, gdy dostajesz oklaski za zadanie, które wykonałeś, za ożywienie na scenie papierowej postaci. Gajos, Zapasiewicz, Krzysztof Majchrzak, Globisz to artyści, a Łomnicki był archetypem aktora zarówno filmowego jak i teatralnego.

Wypłukać siebie
Przemysław Wojcieszek napisał cztery lata temu “Made in Poland” jako scenariusz filmowy. Niekonwencjonalnie działający dyrektor legnickiego teatru im. Heleny Modrzejewskiej Jacek Głomb zrobił z tego sztukę w blaszanej hali, dawnym markecie pośrodku osiedla Piekary. Okoliczni mieszkańcy myśleli początkowo, że otwarto nowy sklep i przychodzili na próby spektaklu.
-Reżyser Wojcieszek zadzwonił i powiedział, że jak nie zagram Bogusia, to mam przechlapne. Więc zagrałem – śmieje się Lubos.
Ma swoją metodę. Zwykle bierze scenariusz i idzie z nim do głośnego lokalu, gdzie ludzie się przekrzykują i gdzie leje się piwko. Czyta i jeżeli w takich warunkach scenariusz go “wkręca”, jest w tym prąd i sens, to bierze taką rolę. Z postacią Bogusia zmagał się przez 52 dni. Zawsze ma to dokładnie obliczone. Jak się przygotowywał do tego wyzwania?
-To orka dzień w dzień z trzema godzinami wolnego. Myślisz, rozmawiasz, kłócisz się z wszystkimi, wyzywasz ich, nie zgadzasz się z nimi, przeklinasz, pijesz, ale próbach, łazisz po nocy, próbujesz dokonać autodestrukcji, wypłukać samego siebie, żeby nie myśleć sobą, żeby myśleć tamtym. Dostajesz konstrukcję papierową i musisz ją ożywić. Kiedyś tak się wczułem w rolę, tak się wkręciłem w nią w okresie przygotowawczym, że na co dzień byłem nie do wytrzymania, przez co straciłem miłość, osobę, do której naprawdę coś czułem – wyjawia Lubos.

Scena to nie wazelina
Lubos, który pochodzi z Górnego Śląska, gdy mial 19 lat, chciał zaszpanować przed dziewczyną. Zaprosił ją do teatru, a że ona miała bezpłatny bilet kolejowy to przyjechali do wrocławskiego Teatru Współczesnego. Zdzisław Kuźniar wraz zespołem tak wtedy zagrał, że młodym człowiekiem wręcz tąpnęło. Za rok był już we wrocławskiej szkole teatralnej, a zaraz po studiach trafił do Współczesnego, gdzie jest na etacie do dziś. Nie było łatwo. Zdawał do różnych szkół aktorskich, lecz wszędzie przyjmowali głównie ładnych. A i we Wrocławiu:
-Chcieli mnie wyrzucić, miałem najniższą średnią ocen, kłóciłem się z ich teoriami. Z mojego roku dziś tylko ja żyję z aktorstwa, inni czasem coś próbują w filmach czy serialach np. Karolina Muszalak, którą można zobaczyć w “Plebanii”. Jak w szkole, tak i teraz walczę z poglądem, że aktor musi się podobać na scenie. A ja nie chcę się widzom podobać. Scena to nie wazelina. Nie chodzę też na bankiety, żeby załatwiać sobie role teatralne czy filmowe. To po co to gram? Bo wydaje mi się, że kiedyś naprawdę będę miał coś do powiedzenia!

Outsider
6 lat na scenie, 18 premier, 7 głównych ról, sporo nagród (także od widzów), entuzjastyczne recenzje, filmy – to spory dorobek tego dopiero 30-letniego aktora. Bokser, komandos, twardziel o czułym sercu. Skrzyżowanie Jamesa Deana z Mickeyem Rourkem? Materiał na idola?
-Nie gram ich w życiu i nie mam ich kasy. Raczej jestem kandydatem na antyidola. Dziewczyny się mnie boją, faceci się spinają na mój widok, w środowisku uważają mnie za nienormalnego, bo czasem jestem zbyt ekspresyjny w wyrażaniu emocji, nadaję na innych częstotliwościach. I nikomu nie podlizuję się. Jestem outsiderem. Prawdziwi idole, to ci z “Baru” czy “Big Brothera”. Miodzio. Pozdrówcie ich ode mnie! – z sarkazmem śmieje się Eryk Lubos.

Eryk Lubos
Ur. w 1974 r. W Tarnowskich Górach. Od 10 lat jest we Wroclawiu, tu skończył Wyższą Szkołę Teatralną. Od 6 lat na deskach Teatru Współczesnego. Zaraz po szkole. Ale grywa też na innych scenach. – Na etacie w jednym teatrze aktor nie zarobiłby nawet 2 tysięcy złotych. Na początku swej drogi aktorskiej jeździłem na saksy do Holandii, by utrzymać rodzinę i nie wstydzę się tego – wyjaśnia. Rozwiedziony, syn Franciszek – 6 lat.
Największe teatralne role: Kaleka z Inishmaan, Zwycięstwo – Jajo, “Wojna polsko – ruska” (Teatr Wybrzeże) – Silny, “Made in Poland” (Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy) – Boguś.
Role filmowe (wybrane): “PitBull” – Łazienny, “W dół kolorowym wzgórzem” – Marek, “Stara Baśń” – jeździec, “Oficer” – Ubi, “Ono” – Pan Młody.

Autor artykułu: Bartłomiej Czekański

Witamy mistrzynię świata!

Saturday, November 27th, 2004

17-letnia Jola Zawadzka już nie ma wątpliwości, że chce grać w szachy

Mam medal!- wykrzyczała Jola w słuchawkę. Rodzice o mało nie oszaleli z radości. Wreszcie się udało. Jest brąz w mistrzostwach świata, ogromny sukces młodej szachistki. Tu, we Wrocławiu, rodzice obdzwaniali bliskich. Na Krecie trener Joli wypłynął w morze, żeby rozładować emocje, nie czekając na potwierdzenie

I kiedy wszyscy świętowali trzecie miejsce Joli, ogłoszono oficjalne wyniki. Była pierwsza. Mistrzyni świata.
- Bo w szachach tak jest, że liczy się także sytuacja przy innych szachownicach – tłumaczy Elżbieta Zawadzka, mama medalistki. Jeszcze nie tak dawno o tej dyscyplinie niewiele mogłaby powiedzieć. Ale, jeśli jest się matką trojga utalentowanych dzieci, można się nauczyć. Najstarsza córka, Magda, była w czołówce polskich szachistek (już nie gra sportowo), syn Stanisław jako 14-latek zdobył mistrzostwo Polski, z powodzeniem startował w mistrzostwach Europy. Jola jest najmłodsza, a jej sukces, jak dotąd, w rodzinie Zawadzkich największy.
A jednak, coś z niej jest
- Szachy to masowy sport – podkreśla jego znaczenie pierwszy trener Joli, Krzysztof Krupa z Domu Kultury przy ul. Duboisa. – To nie jedna z tych dyscyplin, gdzie gra kilkunastu zawodników i któryś musi wygrać. Jolka jest najlepsza spośród milionów.
Kiedy to mówi, Jola tylko się uśmiecha. Bo wszyscy dobrze pamiętają, jak Krupa kiedyś orzekł: „Nic z niej nie będzie”.
- Nie będę się wypierał – przyznaje. – Tak było, powtarzałem to wielokrotnie. Jolka po prostu nie chciała grać.
Bo też zaczęło się dla Joli mało entuzjastycznie. Najmłodszy dzieciak w rodzinie niewiele ma do powiedzenia. Starszemu rodzeństwu rodzice wymyślili szachy jako nieszkodliwe, rozwijające zajęcie. Magda i Stach chodzili więc na zajęcia do MDK, godzinami ślęcząc w skupieniu nad szachownicą. Wkrótce dołączyła do nich Jola. Tak, na doczepkę, bo nie było co z nią zrobić. Wcale jej to nie ciągnęło, znad szachownicy wiało nudą. Żeby zachęcić sześcioletnią Jolę do udziału w pierwszym turnieju, rodzice obiecali jej rower górski (do dziś podkreśla, że go nie dostała). Mimo niechęci, dziewczynka zdobyła sporo punktów, została zauważona. Potem wygrała półfinał do Mistrzostw Polski w swojej kategorii wiekowej. Wprawdzie trener Krupa żartuje, że wygraną zawdzięcza temu, że jeden z zawodników nie chciał grać, a drugi zasnął nad szachownicą, ale to był początek jej drogi na szczyt.
Tak zupełnie poważnie państwo Zawadzcy pomyśleli o inwestowaniu w talenty dzieci przed pięcioma laty. Wówczas połowę wrocławskiej drużyny juniorów stanowiło rodzeństwo Zawadzkich. Rodzice założyli Stowarzyszenie Rodziców Młodych Szachistów „Talent”, zajęli się organizacją sportowych imprez. Życie rodziny zaczęło się koncentrować wokół szachów, nawet zaczęli je kolekcjonować. Dzieci dostały się pod opiekę profesjonalnych trenerów.
- A my zaczęliśmy uprawiać turystykę szachową – mówi Wojciech Zawadzki, ojciec Joli.
Przez ostatnie lata każdy urlop poświęcają na towarzyszenie dzieciom w zawodach. Na tegoroczne Mistrzostwa Świata na Kretę nie mogli pojechać z powodów zawodowych.
- Może to przyniosło córce szczęście? – zastanawia się Elżbieta Zawadzka.
Nie tylko umysł
Co przeciętny ignorant sądzi o szachowych zmaganiach ? Najlepiej oddaje to chyba ironiczne powiedzenie o „refleksie szachisty” – siedzą, wpatrują się godzinami w kratki, długo myślą.
- A przecież szachista myśli w sposób błyskawiczny – przekonuje Krzysztof Krupa. – W ciągu kilkunastu sekund jego umysł wykonuje ogromną ilość operacji. To potężna praca.
I potężny wysiłek. Każdy turniej to kilka kilogramów mniej. Wydaje się to paradoksalne, bo przecież „nic się nie robi”.
- To jest ogromny stres – wyjaśnia Jola. – Ludzie reagują różnie. Na jednym z turniejów pewien chłopak po przegranej partii wyskoczył z okna. Zresztą przegrał ze mną. Na szczęście przeżył. Ja sama też po grze zachowuję się dziwnie. Biegam, skaczę, krzyczę. A po porażce mam taki nastrój, że nic, tylko się powiesić.
Trener Joli, Michał Kisłow, który przez dziesięć lat pracował z narodową kadrą rosyjską, nie tylko męczy ją wielogodzinnymi partiami. Każe też biegać, pływać, grać w tenisa, bo uważa, że kondycja fizyczna jest bardzo ważna. Początkowo Jola była wściekła. Kiedy spóźniała się kilka minut na zajęcia, musiała biegać dodatkowe kilometry. Jakoś z czasem się dotarli, choć w życiowych sprawach nadal się kłócą. Bo Kisłow uważa, że kiedy gra się w szachy, nic poza nimi nie powinno dla człowieka istnieć. A Jola uważa inaczej. Mimo że ma niewiele czasu na własne „cywilne” przyjemności, stara się na nie wykorzystać każdą chwilę. Jest przecież normalną, młodą dziewczyną i nie we wszystkim musi słuchać trenera. Jednak nawet nieco krnąbrna nastolatka przyznaje mu w wielu sprawach rację. Choćby te mordercze treningi.
- Kiedy w zeszłym roku na turnieju co rano biegałam z trenerem, większość patrzyła na nas dziwnie – mówi dziewczyna. – Ale teraz inni trenerzy też kazali ćwiczyć swoim podopiecznym. Widocznie się przekonali, że to daje efekty.
Tylko diety Jola nie musi przestrzegać jakiejś szczególnej. Lubi jeść, choć po niej tego nie widać. Najchętniej nieustannie jadłaby mięso i pomidory.
I co z tym kabrioletem?
„Witamy mistrzynię świata”- taki transparent powitał Jolę po przyjeździe z Krety na budynku szkoły. Jest uczennicą językowej klasy XIV Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu.
- Nie jestem dobrą uczennicą – przyznaje Jola. – Wbrew temu, co się sądzi o szachistach, jestem dość słaba z matematyki. Ale z polskiego jeszcze gorsza – dodaje.
Mama jednak broni je. – Ma przeciętne stopnie – wyjaśnia. – Ale przecież więcej jej nie ma w szkole, niż jest. A w jej liceum jest bardzo wysoki poziom.
W każdym razie, po powrocie z Krety, Jola musiała zagrać obowiązkową partię z dyrektorem. Przegrał. Ta partia była dla Joli jednak jednym ze spokojniejszych momentów ostatnich dni. Nieustannie przyjmuje gratulacje, udziela wywiadów, uśmiecha się do zdjęć, pokazuje się na spotkaniach. Rodzice też nie mają lekko. Kiedyś, w żartach, obiecali, że gdy zostanie mistrzynią świata, kupią jej samochód. Najlepiej srebrny kabriolet. I po raz drugi dostali nauczkę, że gdy ma się utalentowane dziecko, nie należy rzucać słów na wiatr. Żeby tylko z kabrioletem nie było tak, jak z tym rowerem górskim sprzed lat.

Autor artykułu: Alicja Giedroyć

Droga do akademii

Friday, November 26th, 2004

Rzeczoznawcy ustalą wysokość odszkodowań dla działkowców

Projekt porozumienia w sprawie odszkodowań za majątek na działkach przy ul. Borowskiej, które miasto zabierze pod budowę drogi ma w przyszłym tygodniu przedstawić działkowcom gmina. Tak podczas spotkania ustalili przedstawiciele Polskiego Związku Działkowców i magistratu.
Chodzi o pas gruntu o powierzchni 2 tys. m kw. wzdłuż ul. Borowskiej, gdzie ma być wybudowana druga jezdnia ulicy prowadząca aż do nowej Akademii Medycznej. Urzędnicy starają się o dotację unijną na ten cel. Właścicielem terenu jest wprawdzie gmina, ale ze względu na przepisy działkowcom należą się odszkodowania za mienie w ogródkach np. altanki, płoty, posadzone drzewa itp.
- Wielkość odszkodowania będziemy dopiero ustalać w oparciu o opinie powołanych rzeczoznawców – tłumaczy Bogdan Marczyński dyrektor wydziału mienia i geodezji w magistracie. Może to być kwota rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. – Jeśli faktycznie tak będzie, to nie jest to duża suma przy skali całej inwestycji – mówi Marczyński. Dodaje, że Janusz Moszkowski, prezes zarządu okręgu PZD we Wrocławiu obiecał szybko ustosunkować się do propozycji miasta. Urzędnikom zależy na czasie, bo bez gotowego projektu nie dostaną dotacji.
- Zajmiemy się tym na najbliższym posiedzeniu zarządu w grudniu. Zobaczymy jaka będzie propozycja miasta. Jakoś się dogadamy, w końcu my też jesteśmy za rozwojem komunikacji we Wrocławiu – zapewnia Moszkowski.
Prezes nie chciał jednak ujawnić, jakie są oczekiwania związku. – Mamy swoje szacunki, ale nie będę o nich mówił przed negocjacjami.
Ogródki przy ul. Borowskiej, to nie jedyny teren zajmowany przez działkowców, na którym planowana jest budowa drogi.
- Także odcinek obwodnicy śródmiejskiej między mostem Milenijnym a Żmigrodzką będzie prawdopodobnie przechodził przez działki w rejonie ulicy Obornickiej. Ale w tej sprawie dopiero szykujemy się do rozmów – mówi dyrektor Marczyński.

Autor artykułu: (BW)