Archive for August, 2004

Teraz Solidność

Tuesday, August 31st, 2004

LECH WAŁĘSA: Byłem, jestem i jeszcze raz się wystawię bo trzeba przemeblować to państwo

Rozmowa z LECHEM WAŁĘSĄ, pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem III Rzeczpospolitej Polskiej.

Mijają 24 lata od podpisania słynnych postulatów sierpniowych. Który z nich, z perspektywy czasu, wydaje się Panu dziś najważniejszy?

- Sam fakt, że wtedy uruchomiliśmy moce i zostaliśmy uznani jest najważniejszy. Natomiast te postulaty trzeba zrozumieć – one były kierowane do totalitarnej władzy, która nie pozwalała na demokrację, na udział we władzy. Ona miała na to monopol. Więc my mówiliśmy poprzez te postulaty: jeśli chcecie pokój i spokój, to musicie to załatwić. Ale kiedy dojechaliśmy do przystanku wolność, nastały demokracja i pluralizm, to one zostały przepisane na programy wyborcze – jedni mają w nich więcej tych postulatów, inni mniej. Jedni je zauważają, inni nie. A wybiera naród, które punkty chce realizować poprzez demokratyczne wybory.

Czyli te postulaty stanowiło doraźne rozwiązanie na tamte gorące czasy?

- Dokładnie tak.

A jak ocenia Pan dzisiejszą Solidarność? Solidarność, która po romansie z wielką polityką wróciła do swoich korzeni – reprezentowania ludzi pracy…

- Zawsze zabiegałem i zawsze mówiłem, że Solidarność, jako ruch społeczny miała do wykonania trzy zadania: zbudować własny monopol, który przewróci monopol komunistyczny, a potem jak najszybciej zamienić monopol Solidarności na model pluralistyczny i demokratyczny. Trzeci rozdział to ten, który mamy teraz, czyli mądre jednoczenie. Ci, którzy chcą być tylko w związkach, działają w związkach, ci, którzy chcą w partiach politycznych to w zależności od poglądów organizują partie. W tym przypadku Solidarność powinna tylko i wyłącznie pomagać i wspierać, a nie zastępować. Krzaklewski próbował właśnie zastępować i monopolizować. Próbował zawrócić tą koncepcję, którą proponowałem…

Szkodził Solidarności?

- To było złe i dlatego zapłaciliśmy tak wysoką cenę. Po pierwszym rozdziale proponowałem zwinąć sztandary, bo uważałem, że walka jest zakończona i idziemy w różne miejsca, czasem nawet w różne partie. Solidarność powinna wtedy zamienić się w Solidność i pokazać: mamy korzenie, ale nie bierzemy odpowiedzialności za Wałęsę i innych. To są inne czasy, a my już jako związek zawodowy żyjemy w innych, w innej Polsce. Pomagamy, wspieramy, ale nie wchodzimy we władzę wykonawczą. No ale tego nie zrobiono, nie posłuchano mnie do dzisiaj. Śniadkowi też proponowałem: zrób pan, to co mi i Krzaklewskiemu się nie udało – zwińmy sztandary, wy idźcie pod własnym, bez obciążeń, a wtedy my powołamy do życia nową Solidarność. Solidarność ludzi, którzy myślą, że Polska potrzebuje dziś może z dziesięciu postulatów, które musimy zrealizować, żeby było bogaciej, mądrzej i sprawiedliwiej. Trzeba realizować te szczytne hasła, które były rzucane władzy totalitarnej. Tyle, że teraz w demokracji trzeba to inaczej ułożyć.

Co najbardziej zmieniło się w Polsce przez te 24 lata?

- Kierunek biegu spraw jest właściwy. Tyle, że drogi są zbyt kręte. Mamy niesprawiedliwe rozłożone ciężary reform, ale to wszystko jest na barkach demokracji. Ja swoje zadanie wykonałem. Efekty na razie są mizerne, ale moim zadaniem było pomóc osiągnąć wolną Polskę, wyswobodzić ją od Sowietów i oddać narodowi – i ja to zrobiłem. Jedni mówią, że źle, że oddałem. Że trzeba było trzymać i monopolem jechać dalej. Robić i pracować, bo naród nie ma ochoty. Ja jednak upieram się przy mojej koncepcji…

A nie szkoda Panu, że nie ma już wpływu na politykę naszego kraju? Niełatwo chyba być byłym prezydentem? I to dużo bardziej cenionym zagranicą niż we własnym kraju?

- W tej koncepcji o której mówimy to niech się pan sam zastanowi: miałem 10 milionów zwolenników kiedy obalałem komunizm. No, ale kiedy w pluralizmie gdzieś mi się zapodziało, no to w którym miejscu ja mogę mieć 10 milionów? W związkach zawodowych? Nie, bo jest tam niecały milion członków. W partiach politycznych? Nie, bo wszystkich partii nie mogę mieć.

Są jeszcze wybory prezydenckie, a tu poparło Pana w 2000 roku tylko jeden procent głosujących!

- Kiedy już mamy demokrację i pluralizm, to prezydent wybierany jest z określonej grupy politycznej. A jak ja tych grup nie mam, bo je w pluralizmie rozpuściłem, to kto ma mnie wybrać?

To może teraz Pan żałuje, że przyczynił się do wprowadzenia demokracji i pluralizmu? Może trzeba było brać władzę i zatrzymać ją tylko dla siebie?

- Ja jeszcze w to wierzę, że moje zadanie to było oddać narodowi całość zwycięstwa i ja to oddałem. Ja mogłem zatrzymać, patrzeć na Lenina, Kim Ir Sena, Castro. Byłaby jedność i żadnych podziałów, tylko do czego to by doprowadziło?

A jak przez te lata zmienił się Lech Wałęsa?

- Nie mnie to oceniać. Na pewno jestem starszy, bardziej siwy.

Podałby Pan już dziś rękę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu?

- Nigdy, dopóki będzie szkodził Polsce. A przez sam fakt istnienia, nie mając żadnych argumentów, szkodzi Polsce. Zabrał jej swoje pięć minut i szanse.

A jak się Pan czuje, kiedy czyta Pan wyniki badań, z których wynika coraz powszechniejszy wśród Polaków sentyment do PRL-u. Nie odbiera Pan tego, jak policzka wymierzonego przez społeczeństwo?

- To wynik złej propagandy. Nawet ta bieda, te pustki i komunizm nie był do uratowania. To przyznawali nawet komuniści. Natomiast problemem było jak od niego odejść, jak naprawić błędy tamtej utopii. Ani jeden dzień nie można było zwlekać, bo mogło być już tylko gorzej. Natomiast płacenie rachunków za reformy – no taki jest koszt odchodzenia od komunizmu…

Jak długo będziemy te koszty jeszcze płacić?

- To trochę potrwa. Wszystko zależy od naszej mądrości, pracowitości i sprawiedliwości…

Zapowiadał Pan już wielokrotnie, że jeśli naród Pana wezwie, to wróci Pan do czynnego uprawiania polityki…

- Oczywiście. Byłem, jestem i jeszcze raz się wystawię i nikt nie może powiedzieć mi, że nie byłem gotów, że nie chciałem, że nie miałem pomysłu i nie wiedziałem jak to zrobić. Ja wiem, tylko, że mnie się albo słucha albo mnie się wyrzuca i na mnie nie głosuje. A ja prosić nikogo nie będę…

Rozumiem to jako deklarację startu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. To już pewne?

- Wszystko wskazuje na to, że tak. Ja jestem zdecydowany, tylko, że ja mam swoje pomysły: na prywatyzację, jak te słynne 100 milionów, żeby każdy miał sprawiedliwy i taki sam start. Jeśli chodzi o sprawy zewnętrzne to mam plan Marshalla nowej generacji. Jeśli o system polityczny, to tylko prezydencki z dekretami.

Czyli planuje Pan kolejne, całkowite przemeblowanie państwa…
- Dokładnie tak!

„Ja jeszcze w to wierzę, że moje zadanie to było oddać narodowi całość zwycięstwa i ja to oddałem. Ja mogłem zatrzymać, patrzeć na Lenina, Kim Ir Sena, Castro. Byłaby jedność i żadnych podziałów, tylko do czego to by doprowadziło?”

Autor artykułu: Jacek Harłukowicz

Sąsiedzi atakują

Tuesday, August 31st, 2004

W dzielnicach domków jednorodzinnych domków buduje się wielopiętrowe bloki

Scenariusz jest zawsze taki sam, zmienia się tylko lokalizacja. Oburzeni mieszkańcy domków jednorodzinnych protestują przeciw budowie pod ich oknami wielorodzinnych budynków. Zdziwiony inwestor tłumaczy, że przecież dostał pozwolenie na budowę.

Urzędnicy przekonują, że musieli je wydać, bo takie jest prawo. A wszystko w atmosferze pomówień, że ktoś komuś musiał dać łapówkę.

We Wrocławiu nie ma chyba osiedla na którym w ostatnich latach nie dochodziłoby do podobnych konfliktów. Spory między deweloperami a mieszkańcami ciągną się latami. Niczego nie załatwiają dziesiątki skarg wysyłanych do nadzoru budowlanego, NSA, konserwatora zabytków.

Oszukali nas

- To skandal. Gdy nie tak dawno pokazywano nam plany zagospodarowania naszego osiedla wynikało z nich, że mają tu stać wyłącznie domki jednorodzinne. Jakie było nasze zdziwienie gdy w czerwcu pod nasz dom zajechały koparki, a od robotników dowiedzieliśmy się, że stawiany tu będzie wielorodzinny, trzypiętrowy budynek. Najzwyczajniej w świecie zostaliśmy oszukani przez urzędników, którzy na to zezwolili – uważa Tadeusz Dębicki z ul. Stefki na Oporowie.

Tak jak 40 jego sąsiadów, którzy po tym jak dowiedzieli się o rozpoczęciu budowy podpisali się pod skargą do urzędu miasta. Zdecydował się tu wybudować, bo miała to być spokojna okolica. Tymczasem teraz jego dom stoi tuż obok placu budowy. – Nie będę zadowolony ani ja, ani ci ludzie, którzy tu się wprowadzą. Przecież ich okna będą otwierać się wprost na moje kominy – kiwa głową zdenerwowany.

Teraz wojewoda

Podpisy pod identycznym protestem zbierają też teraz mieszkańcy domków jednorodzinnych z ul. Cieszkowskiego i Głogowczyka na Zaciszu. Tu wielorodzinny budynek jeszcze nie stanął. Ale mieszkańcy są przerażeni, bo z deweloperem który chce go budować, walczą od pięciu lat. I przed kilkoma tygodniami dostał on kolejne pozwolenie na budowę. Znów je oprotestowali i sprawa trafiła do wojewody.
- Ale jak długo możemy walczyć? Wystarczy, że choć raz nie dotrzymamy terminu na odwołanie i przepadliśmy – martwi się Rafał Werszler, mieszkający najbliżej planowanego apartamentowca.

Podobne przykłady można mnożyć: na ul. Jutrzenki na Oporowie od kilku lat głośno jest o konflikcie mieszkańców z firmą Archicom, która chciała budować tam miniosiedle na ponad 100 mieszkań, i która dostała już nawet -wstrzymane później – pozwolenie na budowę. Na Borku od kilku lat działa zawiązany przez mieszkańców komitet protestacyjny przeciw budowie przy ul. Januszowickiej czterokondygnacyjnego budynku wielorodzinnego. Mimo to przed dwoma miesiącami deweloper po raz kolejny wystąpił o pozwolenie na jego budowę. W takiej samej sprawie, już po rozpoczęciu budowy, protestowali nie tak dawno mieszkańcy ul. Parafialnej na Ołtaszynie.

Na ul. Pałuckiej na tzw. starym Kozanowie budowa wielorodzinnego budynku rozpoczęła się już we wrześniu ubiegłego roku.
- Naszym zdaniem taki budynek nie ma prawa tu stanąć. Probujemy dochodzić sprawiedliwości w Naczelnym Sądzie Administracyjnym. Ale wiadomo, że sprawy tam ciągną się latami. Budynek stanie przed pierwsza rozprawą – opowiada Andrzej Madej, najbliższy sąsiad budowy.

Ogólnie zgodnie z planem

Dlaczego jest tyle takich protestów? Mieszkańcy niemal za każdym razem winią urzędników, którzy zezwalają na budowę. Ale prawda jest taka, że ci muszą działać w oparciu o obowiązujące przepisy. A te – jak to często bywa – już dawno wyprzedziło życie.

Do końca ubiegłego roku pozwolenia na budowę wydawane były na podstawie ogólnego planu zagospodarowania przestrzennego. Powstał on w latach osiemdziesiątych, gdy nikt nie myślał jeszcze o tym, że już niedługo na rynku pojawia się deweloperzy budujący mieszkania na sprzedaż. Tam gdzie plan przewidywał niską zabudowę ludzie stawiali jednorodzinne domki i wszystko było w porządku. Ale, że dopuszczał też przy niskiej zabudowie tzw. zabudowę uzupełniającą, wysoką do trzech pięter, prywatne firmy zaczęły masowo wykupywać co atrakcyjniejsze tereny i stawiać na nich wielorodzinne budynki. Mieszkania w nich cieszyły się, i cieszą nadal, ogromnym powodzeniem. Nic dziwnego. Są w atrakcyjnych miejscach i w niczym nie przypominają osiedli z wielkiej płyty.

Tak właśnie było przy ul. Cieszkowskiego, gdzie stanąć ma apartamentowiec.

- Kupiłem tę nieruchomość przed pięcioma laty w przetargu organizowanym przez gminę. Od początku przeznaczona była pod budowę takiego budynku jaki chcę stawiać. Nie rozumiem protestu mieszkańców – denerwuje się inwestor.

W szczegółach już nie

Podobnie jest na ul. Maleczyńskich. Pozwolenie na budowę deweloper dostał jeszcze w grudniu ubiegłego roku.
- Oficjalnie wszystko jest zgodnie z prawem. Skoro obowiązywał plan ogólny nie mogliśmy wydać odmownej decyzji, bo natychmiast zostałaby zaskarżona. Ale serce trochę się kraje, bo gdy opracowywaliśmy plan szczegółowy dla tego miejsca chcieliśmy żeby stanęła tu zabudowa jednorodzinna – przyznaje Grzegorz Roman, dyrektor departamentu architektury i rozwoju w urzędzie miejskim.

Ale szczegółowy plan całego Oporowa, choć pokazywany już mieszkańcom wciąż nie obowiązuje.
- Od lat walczymy o jego opracowanie szczegółowego planu dla całego naszego osiedla. Bo co chwilę buduje się coś co całkowicie burzy jego charakter. Boję się, że jak już powstanie, nie będzie już do niczego potrzebny – denerwuje się Włodzimierz Plewako z oporowskiej rady osiedla.

Szczegółowych planów nie mają też inne osiedla. Wrocław nie jest wyjątkiem, tak jest we wszystkich polskich miastach.

Ale teraz, gdy ogólny plan zagospodarowania już nie obowiązuje, wybudować wśród jednorodzinnych domków budynki wielorodzinne ma być o wiele trudniej.
- Ewentualna decyzja o wydaniu pozwolenia na jego budowę podejmowana jest przez urzędników w trybie tzw. dobrego sąsiedztwa. Czyli muszą uznać, że planowany budynek nie zburzy charakteru zabudowy, a sąsiedzi się na godzą na jego postawienie – tłumaczy dyr. Roman. – A jeśli do końca kadencji ( czyli do 2006 r- red.) uda się sporządzić szczegółowe plany zagospodarowania dla 40 procent miasta będę bardzo zadowolony – kończy.

Autor artykułu: Krzysztof Kamiński

Pielgrzymka na kresy

Tuesday, August 31st, 2004

Lubinianie chcą pomóc wyremontować kościół w Trembowli na Podolu

- Jeżdżę na Ukrainę co kilka lat. Tam nadal brakuje wszystkiego, dlatego każda pomoc jest bardzo cenna – mówi Romualda Wierszyc z Lubina, która przekazała dywan do odbudowywanego właśnie kościoła rzymskokatolickiego w Trembowli.

Właśnie w tej miejscowości na dawnych kresach wschodnich Rzeczpospolitej urodzili się jej rodzice. Tam się poznali i już jako małżeństwo przymusowo przesiedleni zostali na teren powiatu lubińskiego.

- Ja i moje rodzeństwo i urodziliśmy na południu, ale tam pozostała nasza bliska rodzina. Siostra jest jeszcze bardziej przywiązana do tamtych stron, dlatego wyjeżdża co roku. Wspólnie postanowiłyśmy przekazać dywan, który jak się okazuje pasuje do prezbiterium tremblowskiej świątyni – dodaje Romualda Wierszyc.
Kościół w Trembowli po II wojnie przestać pełnić swoją sakralną funkcję. Znajdował się w nim dom kultury. Dopiero półtora roku temu oddany został Kościołowi. Odbudowy podjął się ksiądz Michał Murygin. – To przepiękny obiekt, bardzo duży i ciekawy architektonicznie. Warto go odbudować, katolicy z Tremblowni przez pół roku nie mieli swojej świątyni – mówi pani Romualda.
W powiecie lubińskim, głównie w Ścinawie i Tymowej mieszka blisko 200 osób, które swoje korzenie mają właśnie w Trembowli. Pomoc w przekazaniu darów zadeklarowało Familijne Stowarzyszenie Zbarażan. – My odbudowujemy kościół w Zbarażu. Na ile możemy staramy się wspierać także Trembowlę. Jesteśmy w stałym kontakcie z księdzem Muryginem. Wiemy, że brakuje im trzech kubłów białej farby, lakieru do drewna i innych materiałów budowlanych. Jeśli dawni mieszkańcy tej miejscowości zechcą pomóc, wyruszamy z pielgrzymką na Podole 8 września i możemy przekazać dary – mówi dr Stanisław Tokarczuk, prezes Familijnego Stowarzyszenia Barażan w Lubinie (telefony kontaktowe 846 – 55 – 37 i 0 600 04 – 32 – 63.

Autor artykułu: Maja Grohman

Pomoc z powietrza

Monday, August 30th, 2004

JELENIA GÓRA – W wielu przypadkach transport chorego śmigłowcem może uratować mu życie – mówi kierowniczka Centrum Kardiologii Interwencyjnej w Jeleniej Górze, dr Monika Mikulicz-Passler.

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej łatwiej jest przewozić chorych za granicę. Wcześniej, aby lecieć na pomoc śmigłowcem, trzeba było postarać się o odprawę celną w Zielonej Górze. Teraz formalności są ograniczone do minimum.
Ranni w wypadkach na pograniczu polsko-niemieckim szybciej doczekają się ratunku z powietrza z Niemiec niż z terenu Polski. Najbliższy śmigłowiec ratunkowy jest we Wrocławiu. Pokonanie odległości do Jeleniej Góry zajmuje mu 20 minut więcej niż helikopterowi z Niemiec.
– Ten czas często decyduje o przeżyciu chorego, a u nas helikoptera ratowniczego nie ma. Bardzo by się przydał, zwłaszcza w warunkach górskich – wyjaśnia Krystyna Kornijecka, dyrektorka pogotowia ratunkowego w Jeleniej Górze.
W stolicy Karkonoszy są warunki, aby utrzymać taki pojazd (lądowisko w szpitalu), ale nie ma pieniędzy, aby śmigłowiec kupić.

Autor artykułu: (CG)

Koniec wakacji na kąpielisku

Monday, August 30th, 2004

Tylko do jutra będzie czynny basen przy ulicy Sudeckiej

Kończą się wakacje. Choć we wrześniu może być jeszcze bardzo ciepło, nie będziemy mieli ratowników. Bez nich kąpielisko nie może działać – mówi Franciszek Zenon Brykner, szef Miejskiego Ośrodka Sportu.
Ratownicy, którzy pracowali w lecie na basenie, to nauczyciele i studenci. Ci pierwsi zaczynają pracę w szkołach, drudzy chcą mieć trochę wolnego. – Choć zaczynamy zajęcia w październiku, też należą się nam wakacje. Od czerwca nie mieliśmy żadnego dnia wolnego – powiedziała nam jedna z ratowniczek na miejskim kąpielisku. Dyrekcji MOS nie udało się znaleźć chętnych do pracy we wrześniu na basenie.
– Sezon nie był udany. Chłodny lipiec nie zachęcał do kąpieli, a w sierpniu, mimo upałów, nie było tłoku, bo wielu mieszkańców miasta wyjechało w tym czasie na wakacje poza Jelenią Górę – wyjaśnia obsługa kąpieliska.
Wtorek będzie ostatnim dniem lata, kiedy basen przy ulicy Sudeckiej będzie czynny. We wrześniu chętni na kąpiel będą musieli udać się na niestrzeżone stawy i glinianki. Po południu będzie dostępna kryta pływalnia przy Szkole Podstawowej nr 11 przy ulicy Moniuszki na Zabobrzu.

Autor artykułu: (CG)

Stare lokomotywy wciąż atrakcyjne

Monday, August 30th, 2004

Jaworzyna Śląska Sobotni piknik w skansenie parowozów miał rozreklamować to niezwykłe miejsce w regionie i spełnił swą rolę. Parowozownię odwiedziło blisko dwieście osób. Kilkadziesiąt było tu po raz pierwszy.

- Wstyd się przyznać, bo choć mieszkam w Wałbrzychu, to nigdy wcześniej nie byłem w skansenie – mówi Dariusz Tarnowski. – Dziś przyjechałem, przy okazji pikniku, z dziećmi, które są zachwycone tym, co tu zobaczyły.
- Najbardziej podoba mi się to, że można wejść do starej lokomotywy i poczuć się jak prawdziwy motorniczy – mówi mały Kamil Tarnowski.
Piknik zorganizował samorząd Jaworzyny Śląskiej i zapaleńcy z Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa na Dolnym Śląsku. To właśnie dzięki nim skansen nie padnie ofiarą zbieraczy złomu. Poprzedni właściciele Polskie Koleje Państwowe chciały bowiem parowozownię zlikwidować.
Skansen parowozów powstał w Jaworzynie Śląskiej 13 lat temu. Dziś ma w swoich zbiorach 34 stare lokomotywy. Nowi właściciele, gmina i Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa, mają bardzo ambitne palny. Chcą odnowić tabor, utworzyć na miejscu archiwum i fachową bibliotekę i jako dodatkową atrakcję urządzać przejazdy starą ciuchcią po terenie skansenu.

Autor artykułu: (MM)

Wśliznął się na zakupy

Friday, August 27th, 2004

Polkowice Ponadmetrowy wąż dostał się do sklepu na stacji benzynowej przy kopalni Sieroszowice. Pracownicy wezwali policję, straż pożarną, nawet powiatowego lekarza weterynarii. Strażacy przesuwali regały, by znaleźć intruza, ten jednak ukrył się na górnych półkach. W końcu trafił do worka, a potem do polkowickiej jednostki straży pożarnej.

– Od 23 lat pracuję w straży, ale po raz pierwszy mam do czynienia z wężem – powiedział asp. Zbigniew Duszeńko po powrocie a akcji. – Trudno było go złapać.
Okazało się, że jest to zaskroniec – gatunek węża chroniony w Polsce, niejadowity, w obronie wydziela cuchnący płyn. Według Artura Hariasza, lekarza z Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Polkowicach, znaleziony okaz należy do wyrośniętych (największe zaskrońce mają od 1 do 1,30 m). Po krótkim pobycie w jednostce, wąż wrócił do swojego naturalnego środowiska.

Autor artykułu: (UR)

Muzyk z przymusu

Friday, August 27th, 2004

Dlaczego Józef Wiłkomirski został muzykiem? – Bo tatuś tak kazał – mówi z rozbrajającą szczerością. Mimo, że muzykę polubił dopiero w wieku kilkunastu lat nie narzeka na rodziców. – Jestem wręcz im wdzięczny – uważa

Józef Wiłkomirski ma już 78 lat.
– Moja żona twierdzi, że nie wypada tak długo żyć – śmieje się.
Od piątego roku zaczął grać na fortepianie, rok później grał już na wiolonczeli. Dlaczego?
– Bo tatuś tak kazał. Nie było dyskusji – opowiada.
W rodzinie muzyków – ojciec Alfred: profesor skrzypiec i matka Dorota: nauczycielka fortepianu – było nie do pomyślenia, że Wanda i Józiu nie będą muzykami.
– W domu pamiętam, że były tylko dwie awantury. Pierwsza o to, byśmy nie musieli grać w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Druga o to, bym nie uczył się w domu, a w gimnazjum. Z obu mama wyszła obronną ręką – wspomina Józef Wiłkomirski.
Z grania nie było zwolnienia nawet podczas wakacji.
– Wszyscy szli nad morze, a my graliśmy. Dopiero później wybieraliśmy się na plażę – mówi.
Ale na twarde wychowanie Józef Wiłkomirski nie narzeka.
– Ojciec był obowiązkowy i tego mnie nauczył. Umieranie w szpitalu, bo kilkakrotnie się poważnie pochorowałem, nie przeszkodziło w zajmowaniu się pracą. Teraz za to wychowanie go błogosławię – zapewnia.
Ale Wiłkomirski nie ma tylko za sobą muzycznej kariery. W czasie wojny był żołnierzem Armii Krajowej, uczestniczył również w Powstaniu Warszawskim. Najpierw opuścił Łódź i wyjechał do Warszawy. Później do niej wrócił. Naukę pobierał w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w klasie wiolonczeli i dyrygenckiej. Studiował również historię antropologii.
Kiedy polubił naprawdę muzykę?
– Między 14. a 18 rokiem życia w Warszawie. Działał wtedy nieoficjalny ruch koncertowy, który tworzyły same sławy. Zachciało mi się muzykować, a najbardziej dyrygować. Bo ja machnę, a orkiestra zagra. To mnie pociągało – wyznaje.
Nie udało mu się skończyć w Łodzi szkoły muzycznej. Trafił do Warszawy… bo napisał recenzję koncertu, któremu dyrygował szef PWSM w Łodzi.
– Był kiepskim dyrygentem, więc napisałem. Oskarżono mnie o sabotaż – wspomina.
W stolicy studia ukończył.
Z polecenia I sekretarza partii w 1978 roku stworzył Filharmonię Sudecką w Wałbrzychu.
– Jestem najstarszym dyrektorem filharmonii na świecie – opowiada i zapewnia, że pozostanie nim jak najdłużej.
Do kiedy?
– Do czasu, gdy będzie juz lepiej – śmieje się.
Nikt nie jest w stanie wyliczyć nagród oraz liczby koncertów, które ma na swoim koncie Wiłkomirski. Jest również kompozytorem i uwielbia czytać książki. W domu zgromadził 6,5 tysiąca woluminów. Ma również córkę… Wiosnę.
– Bo to Wiosna mojego życia. Stąd imię – śmieje się.
Druga żona Wiłkomirskiego, Małgorzata, pracuje również w Filharmonii: jest prelegentką i narratorką. Państwo Wiłkomirscy, jak sami mówią, mają rozpuszczonego sznaucera miniaturkę – Silwera. •

Autor artykułu: Stefan Augustyn

Nowa moda w kurorcie

Friday, August 27th, 2004

Coraz więcej osób – nie tylko kuracjuszy – w każdy piątek między godziną 19.00 a 22.00 bierze udział w się zajęcia na świeżym powietrzu, propagujących zdrowy tryb życia.

To nowa moda w podwałbrzyskim kurorcie. Terenoterapia obejmuje chi-kung – ćwiczenia ruchowo-oddechowe, jogging – bieganie, crossing – jazdę rowerami górskimi oraz grę w bule.
Bezpłatne zajęcia odbywają się na terenach rekreacyjnych w Parku Południowym (przy wyciągu narciarskim).

Autor artykułu: (RQP)

Kosztowny ośrodek

Wednesday, August 25th, 2004

OŁAWA
Bardzo gorąco będzie podczas dzisiejszego posiedzenia rady powiatu. Radni zapowiadają dyskusję o działalności Powiatowego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli. Zarząd powiatu chce zlikwidować tę instytucję. Jej roczne utrzymanie pochłania 130 tysięcy złotych. Starostwo uważa, że to znacznie za drogo.
- Od trzech lat bezskutecznie prosiliśmy o wsparcie działalności PODN gminy z naszego powiatu. Przecież z ośrodka korzystają głównie nauczyciele z podstawówek i gimnazjów, a te szkoły podlegają gminom – tłumaczy Maria Bożena Polakowska, starosta oławski.
Urzędnicy wyliczyli, że Oława i Jelcz-Laskowice musiałyby rocznie wyłożyć po 24 tysiące zł. Gminy Oława i Domaniów – po 12 tysięcy.
Obronę ośrodka zapowiadają jego szefowa Krystyna Jarus oraz radni opozycyjnej Koalicji 2002. – Ośrodek musi dalej działać. Przecież to jedyne takie miejsce w okolicy. Namówimy gminy, by wyłożyły potrzebne pieniądze – mówi Jarus. – W ciągu ostatnich dwóch lat zorganizowaliśmy 25 kursów i 43 warsztaty. Uczestniczyło w nich w sumie 1499 nauczycieli z całego powiatu. Ta liczba o czymś świadczy – wylicza.
Zarząd powiatu chce, by ośrodek przestał istnieć w przyszłym roku. Dziś radni nie podejmą jeszcze decyzji w tej sprawie. Mają jedynie wysłuchać informacji i dyskutować o jego działalności.

Autor artykułu: (MIG)