LECH WAŁĘSA: Byłem, jestem i jeszcze raz się wystawię bo trzeba przemeblować to państwo
Rozmowa z LECHEM WAŁĘSĄ, pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem III Rzeczpospolitej Polskiej.
Mijają 24 lata od podpisania słynnych postulatów sierpniowych. Który z nich, z perspektywy czasu, wydaje się Panu dziś najważniejszy?
- Sam fakt, że wtedy uruchomiliśmy moce i zostaliśmy uznani jest najważniejszy. Natomiast te postulaty trzeba zrozumieć – one były kierowane do totalitarnej władzy, która nie pozwalała na demokrację, na udział we władzy. Ona miała na to monopol. Więc my mówiliśmy poprzez te postulaty: jeśli chcecie pokój i spokój, to musicie to załatwić. Ale kiedy dojechaliśmy do przystanku wolność, nastały demokracja i pluralizm, to one zostały przepisane na programy wyborcze – jedni mają w nich więcej tych postulatów, inni mniej. Jedni je zauważają, inni nie. A wybiera naród, które punkty chce realizować poprzez demokratyczne wybory.
Czyli te postulaty stanowiło doraźne rozwiązanie na tamte gorące czasy?
- Dokładnie tak.
A jak ocenia Pan dzisiejszą Solidarność? Solidarność, która po romansie z wielką polityką wróciła do swoich korzeni – reprezentowania ludzi pracy…
- Zawsze zabiegałem i zawsze mówiłem, że Solidarność, jako ruch społeczny miała do wykonania trzy zadania: zbudować własny monopol, który przewróci monopol komunistyczny, a potem jak najszybciej zamienić monopol Solidarności na model pluralistyczny i demokratyczny. Trzeci rozdział to ten, który mamy teraz, czyli mądre jednoczenie. Ci, którzy chcą być tylko w związkach, działają w związkach, ci, którzy chcą w partiach politycznych to w zależności od poglądów organizują partie. W tym przypadku Solidarność powinna tylko i wyłącznie pomagać i wspierać, a nie zastępować. Krzaklewski próbował właśnie zastępować i monopolizować. Próbował zawrócić tą koncepcję, którą proponowałem…
Szkodził Solidarności?
- To było złe i dlatego zapłaciliśmy tak wysoką cenę. Po pierwszym rozdziale proponowałem zwinąć sztandary, bo uważałem, że walka jest zakończona i idziemy w różne miejsca, czasem nawet w różne partie. Solidarność powinna wtedy zamienić się w Solidność i pokazać: mamy korzenie, ale nie bierzemy odpowiedzialności za Wałęsę i innych. To są inne czasy, a my już jako związek zawodowy żyjemy w innych, w innej Polsce. Pomagamy, wspieramy, ale nie wchodzimy we władzę wykonawczą. No ale tego nie zrobiono, nie posłuchano mnie do dzisiaj. Śniadkowi też proponowałem: zrób pan, to co mi i Krzaklewskiemu się nie udało – zwińmy sztandary, wy idźcie pod własnym, bez obciążeń, a wtedy my powołamy do życia nową Solidarność. Solidarność ludzi, którzy myślą, że Polska potrzebuje dziś może z dziesięciu postulatów, które musimy zrealizować, żeby było bogaciej, mądrzej i sprawiedliwiej. Trzeba realizować te szczytne hasła, które były rzucane władzy totalitarnej. Tyle, że teraz w demokracji trzeba to inaczej ułożyć.
Co najbardziej zmieniło się w Polsce przez te 24 lata?
- Kierunek biegu spraw jest właściwy. Tyle, że drogi są zbyt kręte. Mamy niesprawiedliwe rozłożone ciężary reform, ale to wszystko jest na barkach demokracji. Ja swoje zadanie wykonałem. Efekty na razie są mizerne, ale moim zadaniem było pomóc osiągnąć wolną Polskę, wyswobodzić ją od Sowietów i oddać narodowi – i ja to zrobiłem. Jedni mówią, że źle, że oddałem. Że trzeba było trzymać i monopolem jechać dalej. Robić i pracować, bo naród nie ma ochoty. Ja jednak upieram się przy mojej koncepcji…
A nie szkoda Panu, że nie ma już wpływu na politykę naszego kraju? Niełatwo chyba być byłym prezydentem? I to dużo bardziej cenionym zagranicą niż we własnym kraju?
- W tej koncepcji o której mówimy to niech się pan sam zastanowi: miałem 10 milionów zwolenników kiedy obalałem komunizm. No, ale kiedy w pluralizmie gdzieś mi się zapodziało, no to w którym miejscu ja mogę mieć 10 milionów? W związkach zawodowych? Nie, bo jest tam niecały milion członków. W partiach politycznych? Nie, bo wszystkich partii nie mogę mieć.
Są jeszcze wybory prezydenckie, a tu poparło Pana w 2000 roku tylko jeden procent głosujących!
- Kiedy już mamy demokrację i pluralizm, to prezydent wybierany jest z określonej grupy politycznej. A jak ja tych grup nie mam, bo je w pluralizmie rozpuściłem, to kto ma mnie wybrać?
To może teraz Pan żałuje, że przyczynił się do wprowadzenia demokracji i pluralizmu? Może trzeba było brać władzę i zatrzymać ją tylko dla siebie?
- Ja jeszcze w to wierzę, że moje zadanie to było oddać narodowi całość zwycięstwa i ja to oddałem. Ja mogłem zatrzymać, patrzeć na Lenina, Kim Ir Sena, Castro. Byłaby jedność i żadnych podziałów, tylko do czego to by doprowadziło?
A jak przez te lata zmienił się Lech Wałęsa?
- Nie mnie to oceniać. Na pewno jestem starszy, bardziej siwy.
Podałby Pan już dziś rękę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu?
- Nigdy, dopóki będzie szkodził Polsce. A przez sam fakt istnienia, nie mając żadnych argumentów, szkodzi Polsce. Zabrał jej swoje pięć minut i szanse.
A jak się Pan czuje, kiedy czyta Pan wyniki badań, z których wynika coraz powszechniejszy wśród Polaków sentyment do PRL-u. Nie odbiera Pan tego, jak policzka wymierzonego przez społeczeństwo?
- To wynik złej propagandy. Nawet ta bieda, te pustki i komunizm nie był do uratowania. To przyznawali nawet komuniści. Natomiast problemem było jak od niego odejść, jak naprawić błędy tamtej utopii. Ani jeden dzień nie można było zwlekać, bo mogło być już tylko gorzej. Natomiast płacenie rachunków za reformy – no taki jest koszt odchodzenia od komunizmu…
Jak długo będziemy te koszty jeszcze płacić?
- To trochę potrwa. Wszystko zależy od naszej mądrości, pracowitości i sprawiedliwości…
Zapowiadał Pan już wielokrotnie, że jeśli naród Pana wezwie, to wróci Pan do czynnego uprawiania polityki…
- Oczywiście. Byłem, jestem i jeszcze raz się wystawię i nikt nie może powiedzieć mi, że nie byłem gotów, że nie chciałem, że nie miałem pomysłu i nie wiedziałem jak to zrobić. Ja wiem, tylko, że mnie się albo słucha albo mnie się wyrzuca i na mnie nie głosuje. A ja prosić nikogo nie będę…
Rozumiem to jako deklarację startu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. To już pewne?
- Wszystko wskazuje na to, że tak. Ja jestem zdecydowany, tylko, że ja mam swoje pomysły: na prywatyzację, jak te słynne 100 milionów, żeby każdy miał sprawiedliwy i taki sam start. Jeśli chodzi o sprawy zewnętrzne to mam plan Marshalla nowej generacji. Jeśli o system polityczny, to tylko prezydencki z dekretami.
Czyli planuje Pan kolejne, całkowite przemeblowanie państwa…
- Dokładnie tak!
„Ja jeszcze w to wierzę, że moje zadanie to było oddać narodowi całość zwycięstwa i ja to oddałem. Ja mogłem zatrzymać, patrzeć na Lenina, Kim Ir Sena, Castro. Byłaby jedność i żadnych podziałów, tylko do czego to by doprowadziło?”
Autor artykułu: Jacek Harłukowicz