Dzisiaj Jasiek ma tremę. Jutro jego pierwsza premiera w profesjonalnym teatrze. Szybko zaczyna. Ma dopiero 14 lat, a u jego boku profesjonalni aktorzy z teatru “Ad Spectatores”. O Jaśku wszyscy mówią zdolniacha, geniusz, po prostu talent. Tego talentu nie widać u niego na świadectwie. Z polskiego zaledwie trójczyna.
– To prawda, że mam słabe oceny. Zwłaszcza z polskiego i historii. Ale moim zdaniem stopnie o niczym nie świadczą. I tak zostanę aktorem, zrobię karierę, nawet bez szóstek na świadectwie – uśmiecha się Jasiek Nesterowicz. W spektaklu “Wrocławski pociąg widm” gra niemieckiego chłopca. Bębenek na szyi, faszystowska pieśń na ustach. Wszyscy się nim zachwycają. Jego talent dostrzegli profesjonaliści. Jasiek wygrał w tym roku 49. Dolnośląski Konkurs Recytatorski. Deklamował prozę Białoszewskiego. Oszołomił komisję i całą widownię. Dlaczego więc na świadectwie tak kiepściuchno? – Bo jestem leniem! Nie chce mi się! Na przykład ostatnio z techniki mogłem mieć szóstkę. Wystarczyło tylko przynieść dodatkową pracę. I co? Zlekceważyłem, bo mi się nie chciało. Historię lubię, ale w ogóle się jej nie uczyłem. Wstyd. Z polskiego nie potrafię się nauczyć gramatyki. Zasypiam, tak mnie nudzi. Ale za to z fizyki mam czwórkę. Fuksem. Bo zgubiłem zeszyt i pani nie mogła zobaczyć, jaki jest brzydki i nieuzupełniony.
Dla rodziców – warto!
Jasiek trochę żałuje, że świadectwo ma słabe. – Ze względu na rodziców. Byłoby im miło, gdybym przynosił do domu lepsze oceny. Jak się kocha rodziców, to warto to dla nich zrobić. Ja obiecałem, że w przyszłym roku postaram się o lepsze stopnie. Zrobię to dla nich, niech mają satysfakcję. Dla mnie i tak najważniejszy jest teatr. Temu chcę się poświęcać. Muszę zostać aktorem. Po prostu muszę!
Michał Wolski, uczeń pierwszej klasy liceum plastycznego, z polskiego ma trójkę, a z matematyki dwa. Tydzień temu wrócił z Warszawy, gdzie prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczył mu nagrodę za zaprojektowanie młodzieżowego logo Polski. – Kilka nocek nad tym spędziłem. Chciałem, żeby to logo było profesjonalne. Miało młodzieżowy charakter, ale wykonanie w stu procentach zawodowe. Przez to zawaliłem trochę świadectwo, bo nie mogę jednocześnie dobrze się uczyć i wygrywać konkursy. Nie jestem cyborgiem.
Zagrożony, ale talent
Michał dużo tworzy. Mimo że w domu jest ich szóstka rodzeństwa, zamyka się w pokoju i rzeźbi w drewnie, robi witraże, płaskorzeźby, sztandary. Zdobywa nagrody w konkursach. Za dwa lata chce napisać książkę. Poradnik o kompozycji dla grafików komputerowych. Teraz siedzi przed komputerem i tworzy strony internetowe: swojemu ojcu, szkole, bratu, przyjaciołom.
Michał nie był od początku geniuszem plastycznym. – Coś tam rysował. Miał zacięcie, ale bez przesady – wspomina tato Michała.
Raz był nawet zagrożony z plastyki. Nie robił prac, nie zanosił rysunków do szkoły. Pani zorientowała się, że ma talent, ale leniuch z niego straszny! Powiedziała, że jak się weźmie za siebie, to ma nawet szanse na szóstkę. Michał się zmobilizował, zaczął tworzyć małe arcydzieła.
– Wtedy już nie miałem wątpliwości, że powinien iść do szkoły plastycznej. A że nie ma piątek z matematyki i polskiego? Trudno. Nie można mieć wszystkiego. Ma talent i jemu powinien się poświęcić. Lekcji oczywiście nie zaniedbywać, pracować jak tylko może najlepiej, ale iść swoją ścieżką. Tam, gdzie prowadzi go serce, a nie instytucja – dodaje tato. Dumny z syna pokazuje zdjęcia z Kwaśniewskim.
I sport, i nauka
Zdaniem pedagog Miry Skoczylas-Żychaluk, świadectwo jest ważne, ale nie za wszelką cenę. – To skomplikowana sprawa. Z jednej strony fajnie by było iść swoją drogą, robić to, co nas pasjonuje, a resztę przedmiotów po prostu zaliczać. Nie starać się nadmiernie. Z drugiej strony weźmy za przykład młodego sportowca. Chłopak biega na treningi, zawala matematykę, poświęca wszystko pływaniu. Stawia wszystko na jedną kartę. I nagle wypadek, kontuzja, uraz. Co robić? Sportu uprawiać już nie będzie, a w głowie też mu niewiele pozostało. To początek tragedii. Więc jak w każdym przypadku, polecałabym złoty środek – tłumaczy pedagog.
Kinga Zielińska pasjonuje się koszykówką. Trenuje codziennie. – To już nie jest zabawa. To prawdziwy sport – tłumaczy.
Razem ze swoją drużyną zdobyła brązowy medal na mistrzostwach Polski. Ale zna umiar. Poważnie traktuje i sport, i naukę. Ma średnią 5,35. Świadectwo z czerwonym paskiem. – Wiem, że oceny nie są miarą. Są tylko konsekwencją sumienności, może sprytu i dużej pracy. Niekoniecznie inteligencji czy błyskotliwości. Koniec roku to dopytywanie, naciąganie, poprawianie. Ja jestem najlepszym przykładem. Z fizyki mam piątkę. Ale wiem, że umiem najwyżej na trójkę!
Kinga ma metr osiemdziesiąt wzrostu. Jest najwyższa w klasie. Uśmiechnięta. Reprezentacyjna. Nauczyciele mówią, że będą płakać, jak odejdzie ze szkoły. – To skarb – tłumaczą.
Mimo że sport jest wielką jej pasją, Kinga nie myśli o studiach na AWF-ie. – Pociąga mnie prawo. Muszę tylko wymyślić, jak połączyć studia z
koszykówką, bo i jedno, i drugie wymaga stu procent poświęcenia. Mam nadzieję, że coś wymyślę. Musi się udać!
Nie ma orłów ze wszystkiego
Kinga podkreśla jednak, że nie można być dobrym ze wszystkich przedmiotów. – Bo to jest już chore! Takich ludzi po prostu nie ma! – uśmiecha się. A jej rodzice dumni biegają na mecze, kibicują i spoglądają z uśmiechem na świadectwo.
Mira Skoczylas-Żychaluk twierdzi, że nie można dziecka oceniać po stopniach. – Każde z nich ma inne predyspozycje, inne zdolności. Dostaję gęsiej skórki, gdy słyszę rodziców przepytujących swoje dzieci: Tylko czwórka z tego sprawdzianu? No co ty, a Kasia co dostała? Piątkę? No proszę! Lepiej się nauczyła. Więc można było! Wstyd!
Czasem dziecko rozwija się dopiero wtedy, gdy wypadnie z ram szkoły, z ram instytucji, czasem oddycha z ulgą, gdy nie ma bata nad głową. Albert Einstein był słabym uczniem w szkole. Stwarzał wieczne problemy. A jednak okazał się geniuszem.
– Dziecko oczywiście ma się uczyć, ma spełniać konkretną rolę w
społeczeństwie, przyjmować warunki, które narzuca szkoła – tłumaczy pedagog. – Ale to wszystko musi filtrować przez swoje emocje, przez swoje uczucia, swój rozum. A rodzice najlepiej zrobią, jak nie będą dręczyć swoich dzieci o cztery plus z polskiego, tylko posłuchają, czego dziecko pragnie i co chce osiągnąć. Gdy je zrozumieją, to wspólnie uda im się wydeptać prostą i piękną drogę w dorosłe życie. Nawet z trójką z matematyki!
Autor artykułu: Małgorzata Agaciak