Deszcz pieniędzy

November 2nd, 2004

REGION JELENIOGÓRSKI Najwyższe pasmo Sudetów będzie promowane w Europie tak mocno, jak jeszcze nigdy do tej pory

Śnieżka, Łabski Szczyt, schronisko Samotnia, Karpacz i Szklarska Poręba oraz inne atrakcje Karkonoszy trafią do różnych miast europejskich na folderach i kalendarzach. Gigantyczne pieniądze na promocję, jakiej jeszcze nie było, dadzą władze województwa oraz fundusze Unii Europejskiej

Takich pieniędzy na promocję naszego regionu w roku 2005 jeszcze nigdy nie mieliśmy – powiedział nam Andrzej Pawluszek, członek zarządu sejmiku wojewódzkiego.
- Środki z naszego budżetu przeznaczone zostaną na wydanie kalendarza oraz folderu. Przygotowana zostanie również wystawa fotograficzna, która będzie promować Karkonosze w stolicach europejskich – dodaje Pawluszek.
Samorządowcy spodziewają się kwoty około miliona euro. Pulę europejską tych pieniędzy będzie można uruchomić już za kilka miesięcy. Jak zapewnił radny Pawluszek, większość zostanie przeznaczona właśnie na promocję Karkonoszy i okolic w całej Europie.

Promowanie pełną parą
To dobra wiadomość dla ludzi, którzy żyją z turystyki, bowiem pieniędzy na profesjonalną i międzynarodową promocję gór i podgórskich kurortów brakowało od zawsze.
- Karkonosze powinny być promowane jako wyjątkowe miejsce w Polsce, gdyż tylko nasz region oferuje tyle turystycznych atrakcji – uważa Grażyna Biederman, kierownik Biura Promocji w Szklarskiej Porębie. Solidna reklama w wielu językach może sprawić, że w Karkonosze przyjadą liczne wycieczki z Francji i Włoch. Region jeleniogórski jest tam praktycznie nieznany.
- Najbardziej brakuje wysokonakładowych folderów reklamowych w obcych językach, wspólnej i silnej promocji na targach oraz szeroko pojmowanej polityki informacyjnej – twierdzi Barbara Różycka-Jaskólska, kierowniczka z Centrum Informacji Turystycznej i Kulturalnej w Jeleniej Górze.

Dar z nieba
Przeciętny nakład folderów informacyjnych wynosi obecnie 15 tys. egzemplarzy. Podczas gdy potrzeby centrów informacji sięgają 50 tys. informatorów. Tymczasem światowy standard to pełna i bezpłatna informacja o regionie, do którego przybywa turysta. Na takie wydawnictwa brakuje pieniędzy. Nie ma ich również na stałe reklamowanie się w prasie zagranicznej. – Ten milion euro będzie jak dar z nieba – mówią gestorzy turystyki.

Drogi są ważniejsze
Jak go wydać? Nie jest jeszcze do końca przesądzone. – Co z tego, że wydane zostaną kolorowe kalendarze promujące Szklarską Porębę, skoro w mieście drogi są w fatalnym stanie? Może lepiej najpierw je wyremontować? – sugeruje jeden z właścicieli pensjonatów w mieście pod Szrenicą.
O tym, jak najkorzystniej zainwestować przyznane środki, będą rozmawiać samorządowcy podgórskich miejscowości.

Foldery z borów
W planach promocyjnych władz województwa są także inne części regionu jeleniogórskiego, na przykład zespół terenów leśnych, zwany Borami Dolnośląskimi. Najpewniej będzie on promowany w całej Europie za dwa lata.

Autor artykułu: Miłosz Sajnog

Pełnia pamięci

November 2nd, 2004

Wzmocnione patrole policji i tłumy na nekropoliach

Na cmentarzach w mieście i okolicy a także na symbolicznym pomniku ludzi gór w Karkonoszach zapłonęły w dzień Wszystkich Świętych oraz w niedzielę znicze. Mieszkańcy licznie już od soboty odwiedzali nekropolie. Dziś Dzień Zaduszny

W Jeleniej Górze wzmożony ruch panował obok największych cmentarzy przy ulicy Sudeckiej. O porządek dbali policjanci sekcji ruchu drogowego, którzy zatrzymywali pojazdy i przepuszczali pieszych. Wzmożone patrole po cywilnemu i w mundurach przechadzały się po alejkach i w okolicach nekropolii. – Na szczęście obyło się bez poważniejszych zdarzeń – poinformował nadkomisarz Mieczysław Kapuściński z Komendy Miejskiej Policji.
Ale ludzie narzekali na drobnych złodziejaszków. – Tradycyjnie ukradli tuję i kilka zniczy, ale nie będę tego zgłaszała policji. Za dużo formalności – powiedziała nam pani Danuta Kamieńska z Jeleniej Góry.
Dojazd na cmentarze ułatwił Miejski Zakład Komunikacyjny. Uruchomiono specjalną linię a w trasy wyjechało więcej autobusów. Jednak taryfy ulgowej dla gapowiczów nie było. – Zatrudniliśmy dodatkową firmę kontrolerską. Bez biletu nikt nie miał szans wejść do pojazdu – mówi Leszek Chmielewski, szef działu marketingu MZK.
Tłoczno było na wszystkich nekropoliach. Znicze palono na grobach bliskich, ale nie tylko. Chyba każdy, kto odwiedził jeleniogórski cmentarz, zapalił lampkę na grobie ks. Dominika Kostiala, długoletniego proboszcza parafii św. Erazma i Pankracego. Ludzie pamiętają też o ks. płk. Wilhelmie Kubszu, kapelanie I Armii Wojska Polskiego z lat drugiej wojny światowej. Ich groby znajdują się na starym cmentarzu przy ulicy Sudeckiej.
Ktoś zapalił też lampkę na zapomnianej mogile Artura Hartunnga, niemieckiego burmistrza Jeleniej Góry. To jeden z nielicznych ocalałych poniemieckich grobów.
W niedzielę Maciej Abramowicz, naczelnik karkonoskiej grupy GOPR, wraz z ratownikami, zapalili znicze na symbolicznym cmentarzu ludzi gór w Kotle Łomniczki w Karkonoszach. – W ten sposób pamiętamy o kolegach, którzy swoje życie poświęcili górom – mówi Maciej Abramowicz.
Wśród nich są, między innymi przewodnicy Waldemar Siemiaszko, Tadeusz Steć oraz Tomasz Szałowski, ratownik GOPR, który zginął przysypany lawiną podczas ćwiczeń w 2003 roku.

Autor artykułu: KONRAD PRZEZDZIĘK

Koniec z przywilejem?

November 2nd, 2004

W Świdnicy mają być zniesione darmowe przejazdy dla radnych

Od stycznia świdniccy radni już nie będą mieli darmowych przejazdów komunikacją miejską. Takie są plany, bo MPK zamieniła się w spółkę. Niektórzy radni są oburzeni. – To tradycja, po co ją zamieniać

Temat pojawił się na ostatniej sesji, na której omawiano przekształcenia Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. MPK staje się spółką z o.o., a jej udziałowcami będą gminy, które podpiszą w tej sprawie porozumienie. Zmieni się finansowanie jednostki, nie będzie już dotacji. W treści porozumienia międzygminnego nie ma już ani słowa o darmowych przejazdach dla radnych, które były wieloletnim przywilejem.
- I bardzo dobrze – mówi pan Wojciech Bogusławski. – Radni mają niezłe diety, więc z jakiej racji mają mieć przejazdy za darmo? Stać ich, żeby zapłacić te 2 złote za bilet.
Podobnie myślą nawet niektórzy radni.
- Złożyłem w tej sprawie wniosek na sesji – mówi Sławomir Mazurek, który jest radnym pierwszą kadencję. – Jestem za ograniczeniem takiego przywileju. Radnych stać na kupno biletu MPK, diety są na tyle wysokie (w tej chwili to ponad 1600 zł – przyp. red.), że możemy sobie sami płacić za przejazdy.
Ale niektórzy samorządowcy pomysł krytykują.
- Tak sobie wymyślił dyrektor MPK, ale ja nie wiem, czy on ma takie uprawnienia – mówi radny Kazimierz Bełz, były prezydent miasta. – Przecież spółka jest nadal w większości miejska, bo Świdnica ma najwięcej udziałów, to my, rada, będziemy ustalać stawki za bilety. Ulgi w przejazdach dla radnych mają w Świdnicy pewną tradycję, ale i charakter symboliczny. Radni raczej tego nie nadużywają, bo większość ma swoje auta. Ja sam np. korzystam z tego dwa razy do roku, żeby sprawdzić, jak działa nasza komunikacja. Komu to przeszkadza?
Większość radnych ma samochody, z komunikacji miejskiej – darmowej – korzysta garstka osób. Skoro więc przywilej jest w zasadzie martwy – może nie ma o co kruszyć kopii? A jeśli już samorządowcy chcą, aby przywileje darmowych przejazdów w Świdnicy pozostały, może powinni pomyśleć o zmianie ich adresata. I np. wprowadzić darmowe bilety dla osób bezrobotnych. Im na pewno bardziej by się przydały. Z takim pomysłem chce wystąpić radny Mazurek, który na razie proponuje 40-procentowe zniżki dla bezrobotnych. Musieliby się wylegitymować zaświadczeniem z powiatowego urzędu pracy. Ale na razie to tylko propozycja.

Autor artykułu: Agnieszka Bielawska-Pękala

Park z dziecięcych czasów

October 30th, 2004

Klaus Schneider mieszka w Goerlitz w Niemczech, z urodzenia jest głogowianinem. Wczoraj w jego rodzinnym Głogowie odbyła się polsko-niemiecka konferencja naukowa o kościołach pokoju na Dolnym Śląsku, której był współorganizatorem.
Takie kościoły są jeszcze w Jaworze i Świdnicy. Ten głogowski się spalił. Obecnie na jego miejscu znajduje się lapidarium. Schneider pomógł zdobyć pieniądze na tę konferencję – z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Dreźnie. Urodził się w Głogowie w 1937 roku, wyjechał z tego miasta w 1945 r. Wrócił do niego dopiero po 40 latach nieobecności, towarzysząc 80-letniemu ojcu. Od tamtej pory przyjeżdża do Głogowa bardzo często, współpracuje z władzami miasta, ma tu znajomych i nauczył się języka polskiego.
- Mieszkałem w domu, który jako jeden z niewielu nie został zburzony w czasie wojny – mówi. – Widzę go z okna hotelu, w którym mieszkam, gdy tu przyjeżdżam. Widzę także park, w którym w dzieciństwie jeździłem na sankach.
Od wielu lat jest członkiem Towarzystwa Ziemi Głogowskiej. W Niemczech jest przewodniczącym Stowarzyszenia Przyjaciół i Mecenasów Muzeum Ślaskiego w Goerlitz. Przez lata pracował w firmie komputerowej IBM. Był także pracownikiem administracji państwowej w Saksonii. Teraz jest na emeryturze.
- Kiedy przyjechałem do Głogowa pierwszy raz, przeżyłem szok. Znalem tylko pięć polskich słów i wszystko tu było dla mnie obce – opowiada. – Teraz już się tu dobrze czuję, lubię spotykać się z moimi polskimi przyjaciółmi. Ale pozostaje mi żal w sercu, że to wszystko musiało się zdarzyć tak, jak się zdarzyło. Odczuwa to każdy Niemiec, który stąd pochodzi.

Autor artykułu: (DON)

Bardzo bolesna diagnoza

October 30th, 2004

Lekarze dyskutują, a poszkodowany w wypadku drogowym legniczanin cierpi

Lesława Rafacza we wtorek potrącił rowerzysta. – Powinienem leżeć, ale ciągle chodzę od lekarza do lekarza. Jestem już skołowany – żali się obolały Rafacz

Po wypadku był w szkoku. Dlatego dopiero w środę rano, obolały legniczanin poszedł do przychodni chirurgicznej. Chirurg go zbadał i wypisał skierowanie do szpitala. Ale w izbie przyjęć dyżurny medyk odesłał go do lekarza rodzinnego. Ten go w czwartek zbadał i ponownie skierował do szpitala. I znowu lekarz, który nie przyjął go w środę na oddział, ponownie uznał, że położenie go w łóżku nie jest konieczne.
- Już nie wiem, co mam robić – żali się pan Rafacz. – Od kilku dni chodzę obolały od jednego lekarza do drugiego. A powinienem leżeć w szpitalu na obserwacji.
We wtorek około godz. 18, 49-letni rencista Rafacz wyszedł z tunelu kolejowego przy ul. Ścinawskiej. Gdy znalazł się na chodniku, nagle wjechał na niego rowerzysta. Rafacz otrzymał cios kierownicą w żebra. – Upadłem na ziemię, a ten co mnie potrącił uciekł – opowiada. – W oczach mi pociemniało od bólu, ale jakoś dowlokłem się do domu. Nie spałem całą noc, bo nie mogłem się położyć.
W środę rano pojechał do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego. Jako ofiara wypadku mógł pójść do przychodni chirurgicznej bez skierowania od lekarza pierwszego kontaktu. I tak właśnie zrobił. Zbadał go chirurg, zrobiono mu też prześwietlenie klatki piersiowej oraz USG. – Na szczęście żebra były całe, tylko potłuczone. A okazało się, że coś jest nie tak z wątrobą – mówi Rafacz.
Chirurg skierował go na oddział wewnętrzny szpitala. Pan Rafacz poszedł na izbę przyjęć. Przyjmował doktor Ryszard Kępa. – Ten lekarz przeczytał moje skierowanie – opowiada pacjent. – Stwierdził, że nie kwalifikuję się na oddział i odesłał do lekarza rodzinnego na dalszą kurację.
Jego lekarka przyjmowała dopiero w czwartek wieczorem. – Pani doktor uznała, że powinienem leżeć w szpitalu – powiedział nam w piątek rano pan Rafacz. – Żebra nadal mnie bolą jak diabli. I w piątek wieczorem albo w sobotę rano pójdę do szpitala, tylko nie wiem czy zostanę przyjęty?
- Pan Rafacz po wypadku nadal bardzo źle się czuje i dlatego skierowałam go do szpitala – wyjaśnia lekarka.
Doktor Ryszard Kępa, który w środę nie przyjął pana Rafacza na oddział wewnętrzny, w piątek miał ponownie dyżur w izbie przyjęć. Nie przypomina sobie Rafacza. – Na dyżurze przyjmuję około 80 pacjentów, a na oddziały do szpitala trafia około 12 – tłumaczy Kępa. – Skierowanie nie jest równoznaczne z przyjęciem do szpitala. Widocznie uznałem, że pacjent nie kwalifikuje się na leczenie szpitalne i odesłałem go lekarza pierwszego kontaktu.
- Co pan zrobi, gdy pacjent ponownie przyjdzie do pana?
- Na pewno go zbadam, a potem zdecyduję, czy konieczne jest leczenie na oddziale – wyjaśnia doktor Kępa. – Może się okazać, że odeślę go ponownie do lekarza rodzinnego.

Zdzisław Skulski, zajmujący się skargami pacjentów w legnickim Oddziale Narodowego Funduszu Zdrowia, uważa pan Rafacz powinien poskarżyć się u dyrektora szpitala na sposób w jaki go potraktowano. – Moim zdaniem, skoro ten pan skarży się na bóle powinien trafić na oddział, gdzie mógłby przejść kompleksowe badania – uważa Zdzisław Skulski.
Lesław Rafacz nie złożył oficjalnej skargi u dyrektora szpitala i w Narodowym Funduszu Zdrowia. – Zobaczę, jak teraz zostanę potraktowany i wtedy zastanowię się – mówi pan Rafacz.

Doktor Kępa skontaktował się z nami w piątek około godz. 14. – Pan Rafacz przyszedł do mnie – mówi doktor Kępa. – Dokładnie go zbadałem i uznałem, że nie kwalifikuje się do przyjęcia na oddział. Wspólnie ustaliśmy, że pacjent przejdzie kompleksowe badania w późniejszym terminie.
- To kpina – złości się pan Rafacz. – Badania przejdę dopiero 2 listopada. Do tego czasu moje zdrowie może znacznie się pogorszyć.

Autor artykułu: Zygmunt Mułek

Po prostu mosty

October 30th, 2004

Łączą brzegi, ale wzbudzają też ciekawość i emocje.
Gephyra – po grecku, ohashi – po japońsku, podul – po rumuńsku, silta – po fińsku, hid – po węgiersku, czy bardziej znany angielski – bridge i francuski – pont. Znaczą to samo – most. Konstrukcja stworzona przez człowieka, która wzbudza emocje i zainteresowanie i fascynacje.

Dlugo oczekiwany wrocławski most Milenijny został w piątek uroczyście otwarty po ponad 2 latach od rozpoczęcia budowy. I chociaż jest najdroższą inwestycją gminy od wielu lat (ponad 140 mln zł) i najdłuższym mostem w mieście (prawie 1 km długości), na tle stawianych współcześnie na świecie budowli to obiekt
średni.
Tylko w Polsce po dziesięcioleciach zastoju w budowaniu mostów od końca lat 90. XX w. powstało już kilkanaście dużych przepraw. Przy okazji pobite zostały krajowe rekordy dotyczące rozpiętości przęseł. Największe pod tym względem są podwieszone mosty na Wiśle – Świętokrzyski (2000 r.) i Siekierkowski (2002 r.) w Warszawie oraz most III Tysiąclecia im. Jana Pawła II w Gdańsku (2001 r.). W budowie jest następny polski rekordzista – most stalowy w Płocku na Wiśle, którego
przęsło będzie miało rozpiętość 375 m (dla porównania najdłuższe przęsło wrocławskiego mostu Milenijnego ma 153 m).
Pobiją nas Chiny
Tymczasem na świecie już od kilkudziesięciu lat budowane są mosty liczące kilka, a nawet kilkanaście kilometrów długości. Słynny Golden Gate zbudowany w latach 30. XX w. w San Francisco w USA ma ponad 2,8 km długości. Kilka lat temu skończyła się budowa Chesapeake Bay Bridge – Tunnel – najdłuższego na świecie kompleksu łączącego most z tunelem. Budowla wzniesiona w Cape Charles and Virginia Beach w Virginii (USA) liczy ponad 27 km długości. Jednak to nie Ameryka będzie liderem w budowaniu mostów.
- W najbliższych latach największe i najbardziej spektakularne konstrukcje będą powstawały w Chinach – uważa prof. Jan Biliszczuk szef zakładu mostów Politechniki Wrocławskiej.
Sprzyjać takim inwestycjom będą imprezy o światowej randze, których gospodarzami będą Chińczycy – olimpiada w Pekinie w 2008 r i wystawa Expo w Szanghaju w 2010 r.
- Chińczycy budują teraz dużo i to w wielu przypadkach będą obiekty spektakularne. Co więcej, nie potrzebują do tego pomocy, bo mają własne zaplecze naukowe. A historia mostów w tym kraju jest ciągle nie do końca odkryta dla świata – dodaje prof. Biliszczuk.
Długa historia
Pierwszy znany z przekazów most zbudowano w Rzymie na rzece Tybr w 621 roku p.n.e. Była to konstrukcja drewniana. Mniej więcej w tym samym okresie powstała stała przeprawa przez Eufrat w Babilonii. W pierwszym tysiącleciu naszej ery mosty powstawały także na ziemiach zamieszkanych przez Słowian. Świadczy o tym wiele znalezisk i przekazów o przeprawach na Sawie i Dunaju, albo o przez jezioro Teterów w Meklemburgii. Podobnie było na ziemiach polskich, choć w obszarach nizinnych długo pokonywano rzeki przechodząc brodami. Stąd też pewnie wywodzą nazwy miejscowości np. Brody, Brodnica itp. Konstrukcja mostowa istniała też w przedchrześcijańskim
Biskupinie, którego jedyna brama była połączona z lądem właśnie drewnianym pomostem.
Z upływem wieków rozwijała się a nauka a wraz z nią mostownictwo (czyli dział inżynierii budowlanej obejmujący projektowanie, budowę i konserwację mostów). Jako samodzielną dyscyplinę zaczęto je traktować w 1747 r. Kiedy powstała w Paryżu Szkoła Mostów i Dróg. I chociaż u większości ludzi most budzi pozytywne skojarzenia, to w dziejach nie brakuje dramatycznych wydarzeń związanych z tymi obiektami. Konstrukcje waliły się niekiedy wskutek kataklizmów lub wad konstrukcyjnych. Za największą katastrofę w historii mostów uważa się zawalenie się Firth of Tay w Szkocji w XIX w., kiedy zginęło 75 osób. Słynna jest także katastrofa mostu Tacoma Narrows w stanie Waszyngton w USA. Po otwarciu w maju 1940 r., w listopadzie konstrukcja wisząca ze stali i betonu zawaliła się w ciągu godziny pod wpływem silnego wiatru. Budowla była za wąska i za wiotka w stosunku do długości. Z tego względu most był atrakcją turystyczną nazywaną “Galopującą Getrą” (przy mocniejszych podmuchach wiatru most tańczył, co gwarantowało niezapomniane doznania przy przejściu, a trące o siebie metalowe elementy przeraźliwie skrzypiały).
Inna tragiczna katastrofa mostu zdarzyła się na Florydzie w 1980 r. W liczącą 4 mile przeprawę łączącą brzegi szerokiego ujścia zatoki Tampa uderzył podczas gwałtownej burzy statek. Frachtowiec “Summit Venture” staranował jeden z filarów mostu Sunshine Skyway zbudowanego w 1954 r. Ponad 250 metrów konstrukcji wpadło do wody. Zginęło wówczas 35 motocyklistów i pasażerów autobusu.

Mosty drogowe w Polsce
Na 360 tys. km dróg publicznych znajduje się ok. 29 tys. obiektów mostowych. Przeciętna długość mostu wynosi 19,4 m. W Polsce mamy 183 duże mosty (powyżej 200 m. długości). Połowa z nich łączy brzegi największych rzek – Wisły, Odry, Bugu, Warty, Narwi, Dunajca, Sanu.

Słynne i ciekawe

Golden Gate, San Francisco: wzniesiony w latach 1933-37 w stylu art deco, długość – 2 824 m., główne przęsło – 1 280 m. Architektem obiektu był Joseph B. Strauss. Most łączy San Francisco z hrabstwem Martin i leży 67 m nad powierzchnią wody. Jego budowa pochłonęła wiele ofiar wśród
robotników, walczono z przypływami, silnymi prądami i gęstą mgłą. Liny podtrzymujące most mają 93 cm średnicy i składają się z 27 572 oddzielnych żyłek kabla. Ich długość wystarczyła by na okrążenie Ziemi 3 razy.

Tower Bridge, Londyn: powstał w latach 1886-94 w stylu wiktoriańskim, długość 880 stóp. Wzniesiony ze stali i kamienia wg projektu Sir Horace Jonesa i Sir Johna Wolfe-Barry. Przecina Tamizę i stał się symbolem Londynu. Jego środkowa część to dwa ważące po 1100 ton zwodzone przęsła podnoszące się w ciągu 90 sekund. Zwieńczone pinaklami wieże kryją mechanizm podnoszący ruchome przęsła, pod którym przepływają duże statki.

Puente Nuevo, Ronda w Hiszpanii: zbudowany pod koniec XVIII w. wysoki na 98 m łączy dwie części miasta przedzielone skalnym urwiskiem. Jak głoszą przekazy jego twórca architekt Altehuel, skoczył z mostu w przepaść, bo uznał, że nie jest już w stanie zaprojektować nic doskonalszego.

Most Karola, Praga: wzniesiony w XIV w. Jeden z symboli Pragi wyróżniający się rzeźbami zdobiącymi pomost. Na jego wschodnim brzegu wznosi się smukła staromiejska Wieża Mostowa o bogatej rzeźbiarskiej oprawie słynnego mistrza Petera Parlera.

Most Akashi Kaikyo, Kobe i Awaji-shima w Japonii: wzniesiony ze stali w 1998 r., długość 3 910 m, najdłuższe przęsło 1990 m. Most Akashi Kaiyko pobił trzy rekordy – jest najdłuższym, najwyższym i najdroższym mostem wiszącym świata. Jego dwie wieże mają po 282 m. wysokości. Cieśnina Akashi
jest bardzo ruchliwym portem dlatego architekci musieli zaprojektować most tak aby nie blokował ruchu na wodach. Musieli uwzględnić też m.in. huragany, tsunami i trzęsienia Ziemi. Konstrukcja jest w stanie wytrzymać napór wiatru wiejącego z 180 mil na godzinę, oraz trzęsienie Ziemi 8,5
stopnia w skali Richtera. Długość wszystkich kabli użytych do jego budowy wystarczyłaby na okrążenie Ziemi siedem i pół razy.

Autor artykułu: Bartosz Wawryszuk

Powinni tego zabronić

October 29th, 2004

Marek Jankowski jest właścicielem małej firmy, zajmującej się opieką nad dziećmi. Dba o to, by wszystko co robi, było zgodne z prawem. Kiedy więc stwierdził, że darmowy program w jego komputerze nie zaspokaja wszystkich biurowych potrzeb, kupił oprogramowanie Microsoftu w salonie Media Markt w Galerii Dominikańskiej we Wrocławiu. Wiarę w słuszność takiej decyzji zburzył jednak pracownik sklepu.
Od razu po powrocie do firmy pan Marek rozpoczął instalację programu. Niestety, z niewiadomych przyczyn ten nie chciał działać. – Nie mam pojęcia, czy to wina mojego komputera, czy nowego oprogramowania – mówi. – Dlatego postanowiłem poszukać podpowiedzi u producenta. Jednak z infolinii Microsoftu odesłano mnie do sprzedawcy.
Recepcjonistka salonu Media Markt połączyła klienta z działem komputerowym. Kiedy pan Marek objaśnił swoje kłopoty, uzyskał niezwykłą poradę. – Pracownik sklepu zaproponował mi, żebym zainstalował jakąś piracką kopię programu, bo mam przecież naklejkę-certyfikat z legalnego opakowania. Nie będę więc miał żadnych problemów. Słysząc to zupełnie zgłupiałem.
Dyrektor sklepu, Piotr Kurzeja, poddaje w wątpliwość prawdziwość opowieści pana Marka. – Nie wierzę w to – deklaruje . – Żadna z osób, które pracowały w poniedziałek, nie przyznała się do takiej rozmowy.
Dyrektor Kurzeja sugeruje, że być może nasz czytelnik jest jakoś związany z inną firmą, sprzedającą sprzęt komputerowy albo nie zrozumiał pracownika Media Marktu. – Może usłyszał, że trzeba sporządzić dozwoloną kopię zapasową programu i jej użyć, a zrozumiał coś zupełnie innego? – zastanawia się.
– Prawie 2 lata studiowałem informatykę. Wiem, co słyszałem – pracownik sklepu radził mi zainstalowanie pirackiego programu – odpowiada bez cienia wątpliwości Marek Jankowski.
Rzecznik prasowy polskiego oddziału Microsoftu, Bartłomiej Danek, nie kryje wzburzenia, gdy słyszy o sprawie. – To skandal! Jestem przerażony, że w sklepie, który sprzedaje nasze produkty, tak traktuje się klienta – komentuje zdecydowanym głosem. Zaraz też dodaje, że podobne problemy można od ręki rozwiązać nie tylko u sprzedawcy, ale też w firmowej infolinii. Tymczasem pan Marek poradę, którą usłyszał, kwituje znanym hasłem reklamowym Media Marktu. – Powinni tego zabronić – mówi spokojnie.

Autor artykułu: (SAS)

Potrzebny zapaśnik

October 29th, 2004

U bukmacherów w Las Vegas Gołota jest faworytem w pojedynku z Ruizem w stosunku 2,5:1

Kilka dni temu przeprowadzono telekonferencję przed pojedynkiem o mistrzostwo świata wagi ciężkiej według organizacji WBA pomiędzy Andrzejem Gołotą a Portorykańczykiem Johnem Ruizem. Walka ma się odbyć 13 listopada podczas wielkiej gali w słynnej nowojorskiej Madison Square Garden. Podczas telekonferencji polski bokser wraz ze swym trenerem Samem Colonną był w Chicago, a Ruiz z opiekunem Normanem Stonem tysiąc mil dalej. Obie ekipy prywatnie bardzo się lubią. Na potrzeby promocji walki Stone telefonicznie rzucił się do gardła Colonnie, który także “wyszedł z nerw”, choć zazwyczaj prezentuje olimpijski spokój. Niektóre gazety to “kupiły”, czyli wzięły na poważnie. Colonna i Stone mają ubaw.
-Andrzej boi się tylko jednego – mówi nam red. Przemysław Garczarczyk z Chicago, znawca boksu i przyjaciel Gołoty – boi się zapasów i szarpaniny w ringu, z której słynie Ruiz. Niby sparingpartnerzy Polaka próbują to udawać podczas treningu, ale do końca nie da się tego przećwiczyć. A przecież Andrzej nie zatrudni zapaśnika. Ponadto Portorykańczyk jest bardzo silny, w walce z nim nie da się uderzyć i odskoczyć, bo trudno się jest wyrwać z jego objęć. On nokautuje rywali nawet w 11. rundzie, kiedy normalnie pięściarze już “pływają”. To świadczy, że jest silny jak koń. Ale ja tłumaczę Gołocie, iż on także nie jest ułomkiem. W każdym razie teraz wygląda rewelacyjnie, zeszczuplał, a jeśli chodzi o umiejętności to jest faworytem tego pojedynku. Tak też sądzą najbardziej uznani bukmacherzy z Las Vegas stawiający na Andrzeja w stosunku 2,5do 1.
Tyle Przemek Garczarczyk. Rzeczywiście, fachowcy nazywają Ruiza “wrestlerem” (czyli zapaśnikiem z wolnoamerykanki).

Czy będzie transmisja?
Nadal nie wiadomo, czy nowojorską galę zobaczymy w którejś z polskich telewizji. Przed żądaniami pań z biura promotora Dona Kinga spasowały już TVP i Polsat. TVN próbuje jeszcze coś utargować. Ale źle to wygląda. W prasie pojawiły się głosy, iż menedżer i przyjaciel Gołoty, Ziggy Rozalski proponuje, żeby wobec tego impasu prawa do transmisji przyznać bezpłatnie jego przyjaciołom z Polsatu, którzy byli przy Gołocie nawet w najgorszych dla niego chwilach.
-Oczywiście, że chciałbym, aby tę walkę transmitował Polsat, tyle że ja się nie wtrącam do tych negocjacji. To wszystko nadal w rękach pań od Dona Kinga – wyjaśnia nam Rozalski.

Srebrny Kujawski

Coraz śmielej poczynają sobie młodzi pięściarze wrocławskiej Gwardii, podopieczni trenerów Mariusza Cieślaka, Grzegorza Strugały i Romana Bratkowskiego. W turnieju kadetów w Usti nad Łabą w wadze 54 kg drugie miejsce zajął Paweł Kujawski (uczeń Zespołu Szkół nr 18 we Wrocławiu, dotąd słynnego głównie z kartingowców). Po dwóch zwycięstwach nad Litwinem Nazarovasem i Czechem Filo, w finale uległ innemu Czechowi Bosemu 9:22.
Z kolei na imprezie w Ostrowie Wielkopolskim swój pojedynek wygrał Tomasz Gadek (66 kg), remisy osiągnęli Tomasz Lewandowski (69) i Wojciech Hejduk (91). Tym razem przegrał (0:3 na punkty z Trębińskim z Konina) silny Mateusz Masternak. * Zaległy mecz ligowy Gwardii Wrocław z jej imienniczką w Warszawie (lub w Radomiu) zostanie rozegrany 5 grudnia. 7 listopada nasza drużyna pod wodzą trenerów Ryszarda Furdyny i Piotra Szypulskiego, już z Łukaszem Janikiem w wadze półciężkiej, jedzie na ligowe spotkanie do mistrza Polski PKB do Poznania. Prezes sekcji Zbigniew Śliwiński również zamierza się tam wybrać, żeby na własne oczy przekonać się jak wygląda na wyjazdach sędziowanie w ekstraklasie pięściarskiej. A jest wyjątkowo gospodarskie.

Autor artykułu: (BART)

Biją się o wszystko

October 29th, 2004

Nie mamy jeszcze gotowego budżetu, ale sportowo jesteśmy najsilniejsi

Wbrew temu, co przeczytałem w mediach, nie mamy tak wielu pewnych pieniędzy, ale pod względem sportowym jesteśmy gotowi zdobyć mistrzostwo kraju i w Europie bić się o wszystko, nawet o finał pucharu EHF – mówi Zbigniew Sadurski z WKS Śląsk Wrocław.

Już dziś kolejne ciekawe starcie, które każdy kibic powinien obejrzeć. We wrocławskiej hali Orbita o godz. 18 rywalem wrocławian będzie MMTS Kwidzyn, drużyna prowadzona przez legendarnego Daniela Waszkiewicza. Szczypiorniści z Kwidzyna należą od lat do czołówki krajowej, bo w tym niewielkim ośrodku mają pieniądze. Budżet tego klubu wynosi ponad dwa miliony zł. Znacznie więcej niż będzie miał w tym sezonie do dyspozycji Śląsk.
Budżet niepewny
- Gdzieś przeczytałem, że mamy dopięty budżet. To niestety nieprawda, bo borykamy się z problemami finansowymi. Jednak drużyna prezentuje rzeczywiście sportowo poziom znacznie wyższy od budżetowego. Pod względem szkoleniowym i piłkarskim jesteśmy gotowi na zdobycie mistrzostwa kraju, co wielu fachowców po pierwszych meczach w lidze już nam wróży – mówi Zbigniew Sadurski, kierownik drużyny i czołowy działacz stowarzyszenia, który prowadzi sekcję piłkarzy ręcznych.
Bez tej grupy zapaleńców i fanatyków szczypiorniaka (większość z nich to dawni gracze) nie byłoby już w ogóle piłki ręcznej w stolicy Dolnego Śląska.
Zwycięży charakter
W Śląsku nie mają wątpliwości, że decydujący będzie charakter drużyny, który ujawnia się w najtrudniejszych momentach. Ostatnie transfery znakomicie ugruntowały siłę tej ekipy, która jest kadrowo kompletna i niezwykle wyrównana.
- Jeśli cokolwiek może nam przeszkodzić w sięgnięciu po koronę mistrzów Polski to właśnie problemy z finansami. Mamy dwóch sponsorów Baumit i Kruszywa Opolskie, ale oczywiście wciąż jesteśmy otwarci na kolejnych. Tym bardziej, że telewizja zainteresowała się transmisjami z naszych meczów, więc jest okazja do promowania naszych partnerów – mówi Zbigniew Sadurski.
Ambicje trenera
Trener Bogdan Falęta stara się, by jego drużyna grała nie tylko skutecznie, ale i efektownie. Ważne jest widowisko, popisowe akcje, czyli prawdziwa uczta sportowa.
- Nie ukrywam, że stawiam na obronę. Jednak gramy też dla kibiców, prawdziwych koneserów szczypiorniaka, a takich nie brakuje we Wrocławiu. Szkoda, że czasem podczas meczów widzów nie ma na trybunach tak wielu, bo my gramy dla publiczności. Dlatego np. w europejskich pucharach nigdy nie zgodzę się, by grać oba mecze na wyjazdach – zaznacza trener Bogdan Falęta.
MMTS Kwidzyn jest w czołówce tabeli. Wygrał z Chrobrym Głogów, Vive Kielce i Wiśle Płock. Nie można lekceważyć ekipy prowadzonej przez Daniela Waszkiewicza.
Wielka piłka
Dzisiejszy mecz będzie widowiskiem na najwyższym poziomie, tym bardziej warto wybrać się do Orbity przy ul. Wejherowskiej, że nie pokaże tego spotkania żadna telewizja. Za pięć dni wrocławianie awansem rozegrają we Wrocławiu derbowy pojedynek z Miedzią Legnica, a potem jada do Belgii na mecz z mistrzem tego kraju Sportngiem Neerpelt. W połowie miesiąca rewanż z Belgami (III runda pucharu EHF) we Wrocławiu. Najbliższe tygodnie upłyną nam zatem pod znakiem piłki ręcznej na najwyższym poziomie sportowym.
- Oczywiście chcemy ograć Belgów i walczyć w Europie o najwyższe cele, choć daleko nam do możliwości, także finansowych, klubów niemieckich czy hiszpańskich – ocenia Zbigniew Sadurski.

Autor artykułu: Roman Skiba

Będą opiniować i doradzać

October 28th, 2004

Dzisiaj młodzieżowa rada zbierze się po raz pierwszy

D zisiaj o godzinie 12.00 rozpocznie się I sesja Młodzieżowej Rady Miejskiej Nowej Rudy. 21 uczniów wybranych do rady
z siedmiu noworudzkich szkół średnich i gimnazjów, wybierze spośród siebie przewodniczącego, a także składy zespołów problemowych do spraw nauki i kultury, sportu i turystyki oraz ochrony środowiska. Inicjatorami powołania takiej rady byli noworudzcy samorządowcy.
– Chcemy, żeby młodzież rzeczywiście działała. Młodzi ludzie nie zostali wybrani do niej, żeby nic nie robić – zapewnia Bożena Bejnarowicz, przewodnicząca Rady Miejskiej
w Nowej Rudzie. – Już w na-stępnym tygodniu młodzi radni dostaną do zaopiniowania projekt uchwały w sprawie przyznawania stypendiów.
Młodzieżowe rady działają już w kilku miastach powiatu kłodzkiego. Niestety, z ich aktywnością bywa różnie. Dobrze funkcjonuje młodzieżowa rada w Du-sznikach Zdroju, pasywnie w By-strzycy Kłodzkiej.
– Rzeczywiście młodzieżowi radni z Bystrzycy niewiele zrobi przez rok swojej działalności
– ocenia Adam Jaśnikowski, wiceprzewodniczący Rady Mias-ta i Gminy w Bystrzycy Kłodzkiej.

Autor artykułu: (PIEL)